W.Lubański (3): Nosił klucz do sukcesu

Kazimierz Górski przebudował zespół po igrzyskach, nie bał się trudnych decyzji, postawił na ofensywny styl, umiał selekcjonować, umiał umotywować, stworzył niepowtarzalną atmosferę. A my mu wierzyliśmy. To on nas pchał do przodu, to on nosił w kieszeni klucz do świetnych wyników, do których doprowadził reprezentację Polski – stwierdził w trzeciej części obszernego wywiadu Włodzimierz Lubański. – Byłem jego zawodnikiem, który w ważnych momentach strzelał bramki. I byłem bardzo dumny i szczęśliwy, że mogłem nie tylko grać w zespole trenera Górskiego, ale jeszcze być jego kapitanem. Bo to była wielka, naprawdę niepowtarzalna przyjemność.

 

 

Piłkarska reprezentacja Polski Kazimierza Gorskiego z igrzysk w Monachium w 1972 roku. Kapitan Włodzimierz Lubański – siódmy od lewej w górnym rzędzie. Strzelał ważne bramki dla Orłów Górskiego i był dumny, że może być kapitanem takiego zespołu… fot. Dariusz Gorski/FOTONOVA

 

 

Górski nie zrobił afery Jarosikowi nawet po meczu?

 

To jest właśnie klasa człowieka, i  klasa szkoleniowca. Choć problem był duży i rzadko spotykany, bo to naprawdę niecodzienna sytuacja, że zawodnik odmawia trenerowi wejścia na boisko, nie było zauważalnego zamieszania nawet po meczu. Pan Kazimierz szczęśliwy na pewno z tego powodu nie był, ale nie robił afery, na siłę nie rozdmuchiwał incydentu – wspomina 73-letni Lubański. – Liczyło się przecież przede wszystkim to, że mamy kolejne mecze do rozegrania. Jakikolwiek szum mógł zepsuć atmosferę wokół i w drużynie. Dlatego trener Górski nie zrobił z tego żadnego zagadnienia. I dzięki temu nie zaburzył harmonii, którą wypracowaliśmy podczas turnieju olimpijskiego. Spokój i chłodna, zdystansowana postawa naszego selekcjonera pierwszy, ale wcale nie ostatni raz okazały się na wagę złotego medalu. A że Jarosika już więcej nigdy nie powołał, to zupełnie osobna sprawa.

 

 

Kapitańską opaskę dostał pan po wyborach przeprowadzonych według demokratycznych zasad?

 

Było to zdaje się konsultowane z zespołem, ale decyzja jak zwykle należała do trenera Górskiego. Proponuję jednak zapytać kolegów, czy byli zadowoleni, że to ja zostałem – i byłem przez kilka lat – kapitanem zespołu.

 

 

Nie muszę pytać, nigdy nie słyszałem, żeby ktokolwiek narzekał. Przeciwnie, koledzy – przynajmniej z dzisiejszej perspektywy – deklarują, że w pełni akceptowali pańską przywódczą rolę.

To dobrze, że nikt nie narzekał. Bo w pewnym momencie na igrzyskach postawili mnie pod presją. Musiałem szybko i zdecydowanie zadziałać w interesie zespołu. Nie wiedzieliśmy, jakie będą premie pieniężne za złoty medal, a w pewnym momencie nabraliśmy już takiego apetytu, że koledzy chcieli poznać wysokość ewentualnych nagród. I wymogli, abym jako kapitan poszedł zapytać o gratyfikacje. Nikt nam takiej informacji nie przekazał, więc zwróciłem się do pana Kazimierza. Trener powiedział mi krótko: – Włodziu, kochany, ja się zorientuję. I chyba po następnym treningu, powiedział mi: – Włodziu, pójdziemy na rozmowę do kierownictwa ekipy. Tylko ty, jako kapitan, i ja. Jeżeli będziemy zadowoleni z tego, co osiągniemy, to kiwniemy do siebie głowami… No to poszedłem z selekcjonerem do prezesa PZPN, pana Nowosielskiego, i pana Reczka z PKOl. Okazało się, że kwota, którą usłyszeliśmy w pełni zadowalała chłopców z zespołów. A w każdym razie nikt nie składał reklamacji na kapitana.

 

 

Podobno Górski lubił z panem skonsultować skład. Prawda, czy fałsz?

 

Konsultacja to chyba za duże słowo, ale faktycznie dyskutowaliśmy na tematy personalne. Czyli konkretnie – kogo widziałbym na danej pozycji w najbliższym meczu. Taka sytuacja miała miejsce przed meczem z Anglią w Chorzowie. Zapytał mnie wówczas selekcjoner, kogo wystawiłbym na prawym skrzydle, bo on sam ma z tym nie lada problem. Grałem wtedy w Górniku z Jankiem Banasiem, który był w świetnej formie. Powiedziałem zatem panu Kazimierzowi, że to nietypowy zawodnik, potrafi zagrać piątą, niekonwencjonalnie zakręcić, więc Anglicy będą mieli kłopot, żeby go skutecznie pokryć. Trener Górski swoim zwyczajem zakończył tę wymianę zdań: OK, pomyślę. W tym przypadku skorzystał z mojej podpowiedzi, która na dodatek  okazała się całkiem dobra, bo rola Banasia w meczu z Anglią okazała się bardzo ważna. Janek był przecież zamieszany w pierwszą bramkę dla nas, która padła bardzo szybko i pozwoliła nam później w pełni kontrolować mecz.

 

 

Potem, przed rewanżem z Wyspiarzami na Wembley, także  podszepnął pan selekcjonerowi personalne rozwiązanie. Słyszałem, że mocno optował pan za wystawieniem w Londynie Jana Domarskiego.

 

Zapytał mnie wtedy trener trochę szerzej o koncepcję składu, pewnie także z tego, że jako rekonwalescent zupełnie z boku przyglądałem się przygotowaniom do rewanżu z Anglikami. A że bardzo szanowałem pana Kazimierza, więc nie bawiąc się w ciuciubabkę powiedziałem, jak bym widział nasze ustawienie. Zarówno w bramce, jak i na środku ataku. Opowiedziałem się za Jankami – Tomaszewskim, i Domarskim. Panie Kazimierzu, powiedziałem oczywiście niczego nie narzucając, Janek potrafi z piłką biegać szybciej niż bez, jest silny, na Wembley może okazać się niezwykle przydatny. Mam satysfakcję, że intuicja mnie nie zawiodła, i Domarski wywiązał się znakomicie z zastępstwa za mnie. Swoją drogą, choć byłem kontuzjowany, znalazłem się wówczas w ekipie, która poleciała do Londynu; bo trener Górski naprawdę polegał na swoich kapitanach. Nie ma niestety już wśród nas Kazia Deyny, który z pewnością potwierdziłby, że od momentu, kiedy to Kaka przejął opaskę, z nim także pan Kazimierz omawiał takie sprawy.

 

 

Wasza relacja z Górskim była jak ze starszym bratem, czy raczej z dobrym wujkiem?

 

Nigdy tego nie klasyfikowałem w takich kategoriach. Powtórzę, że najważniejsze, iż opierała się na wzajemnym szacunku. Rozmawialiśmy nie tylko o sprawach związanych z boiskiem i w ogóle piłką, tematów nigdy nam nie brakowało. Moja żona i córka, tak się złożyło, są bardzo podobne do siebie. I zawsze trener spotykając nas był na tyle uprzejmy, że twierdził,  iż nie może rozpoznać, która to Grażynka, a która Małgosia. To były naprawdę sympatyczne żarty, które podobały się nie tylko mojej żonie. Trenera ocenia się przede wszystkim po wynikach. Bo na tym polega jego robota. Ale przy Górskim zawsze jeszcze trzeba podkreślić, że był to fenomenalny człowiek, który nas połączył w zespół, który był jednym z najlepszych na świecie.

 

 

Janusz Jesionek, kierownik Orłów Górskiego, opowiadał mi, że w meczu z Anglią – w którym zresztą strzelił pan gola po fantastycznej akcji – tuż po tym jak doznał pan kontuzji, wyrzucił z siebie złowieszczo: – Boże, może być po karierze…

 

Tak rzeczywiście było, bo uraz był bardzo bolesny. Momentalnie zacząłem się więc zastanawiać, czy w ogóle będę mógł kontynuować karierę. Ból był okropny, przepotężny. Kolano zatrzeszczało. Zadawałem więc to pytanie i sobie, i głośno. Zagrałem wtedy w zasadzie na własną prośbę, bo nawet nie byłem na zgrupowaniu kadry przed tym meczem razem z chłopakami. Po starciu z Jurkiem Gorgoniem po dodatkowych zajęciach, które zwykliśmy sobie urządzać w Górniku, miałem szwy założone nad kolanem. Dojechałem do kolegów w ostatnim momencie, gdy to szycie przestało przeszkadzać. W treningu nie odczuwałem już bólu, więc pojechałem na zajęcia reprezentacji w Kamieniu. Pan Kazimierz zorganizował grę wewnętrzną, a po niej zapytał: – Jedziesz z nami jutro na Stadion Śląski? Czułem się dobrze, wszystko wyglądało OK., więc odpowiedziałem, że jeśli trener mnie potrzebuje, to chętnie z Anglikami zagram….

 

 

Po kontuzji trener Górski kontaktował się z panem?

 

Kontakt był nieustanny, telefony dostawałem bardzo długo. Nikt nie zdawał sobie jednak sprawy, że uraz okaże się tak paskudny. Długo nie było właściwej diagnozy, nie było dokładnych badań, zabrakło więc również wiedzy, że także więzadło poboczne wymaga naprawy. Gdyby była – zapewne skróciłoby to moje męki. Nie grałem przez cały rok, w trakcie mistrzostw świata – tak przecież udanych dla reprezentacji Polski – przebywałem w Wiedniu na operacji. Siedziałem przed ekranem telewizyjnym i bardzo kolegom kibicowałem. Uraz był tak ciężki, uszkodzenie kolana tak poważne, że musiałem włożyć tyle wysiłku, tyle czasu i tyle pracy, żeby wrócić na boisko, że wystarczyłoby na kilka rehabilitacji. To zresztą cud, że w ogóle wróciłem. A kontakt z trenerem Górskim nie urwał mi się nigdy. Pan Kazimierz lubił bywać na stadionie Polonii, więc dość często spotykaliśmy się na stadionie przy Konwiktorskiej. I nie tylko.

 

 

Czemu następcom nie udało się nawiązać do sukcesów Orłów Górskiego?

 

Na to pytanie trudno jednoznacznie odpowiedzieć, choć trzeba zaznaczyć, że w Hiszpanii w 1982 roku podczas mistrzostw świata drużyna Antoniego Piechniczka też osiągnęła piękny wynik. Na pewno jednak nasza generacja była wyjątkowa. Wróciłem na mistrzostwa świata w Argentynie, ale tam już nie było takiej atmosfery jak u pana Kazimierza. Nawet nie chcę się nad tym rozwodzić, tyle razy już poruszano wątek mundialu 1978 roku, że nie ma sensu tego ponownie roztrząsać.  Na pewno drużyna była silna, doświadczona, ale nie było takiego klimatu w zespole, żebyśmy mogli wejść na pudło. Koło tego nawet się w Argentynie nie zakręciliśmy.

 

 

Czy w polskim futbolu, w pańskiej ocenie, może powtórzyć się czas tak wielkich sukcesów jak podczas kadencji Kazimierza Górskiego?

 

Życzylibyśmy sobie tego; w każdym razie ja życzę z całego serca. Aby o tym jednak w ogóle myśleć, trzeba spełnić dwa warunki brzegowe. Otóż trzeba mieć materiał ludzki i pełne wzajemne zrozumienie w grupie ludzi, która lubi ze sobą przebywać i potrafi wytworzyć fajny klimat. To recepta na sukces. Kazimierz Górski przebudował zespół po igrzyskach, nie bał się trudnych decyzji, postawił na ofensywny styl, umiał selekcjonować, umiał umotywować, stworzył niepowtarzalną atmosferę. A my mu wierzyliśmy. To on nas pchał do przodu, to on nosił w kieszeni klucz do świetnych wyników, do których doprowadził reprezentację Polski. Byłem jego zawodnikiem, który w ważnych momentach strzelał bramki. I byłem bardzo dumny i szczęśliwy, że mogłem nie tylko grać w zespole trenera Górskiego, ale jeszcze być jego kapitanem. Bo to była wielka, naprawdę niepowtarzalna przyjemność.

 

 

Rozmawiał ADAM GODLEWSKI