Pan Kazimierz: Nie przegapiłem Bońka!

Zbliżająca się rocznica urodzin Kazimierza Górskiego to doskonała okazja, żeby przypomnieć – w obszernych fragmentach – ostatni duży wywiad udzielony przez Trenera Wszech Czasów w 2004 roku. Cytowana rozmowa została zamieszczona zamiast wstępu w biograficznej książce najlepszego polskiego selekcjonera w historii „Piłka jest okrągła”. Było to pożegnanie z fanami, ale i rozliczenie z karierą szkoleniową. Nie tylko jednak z tego powodu lektura jest warta polecenia. 

 

 

Zbigniew Boniek zadebiutował w kadrze Kazimierza Górskiego w 1976 roku, ale na igrzyska do Montrealu ostatecznie nie pojechał. Zadecydować o tym miał występ Zibiego w towarzyskim spotkaniu z Irlandią…
fot. Dariusz Gorski/FOTONOVA

 

 

 

– Czy pan się dorobił na trenerce?

– Jak byłem selekcjonerem zawsze sporządzałem listę premii dla zawodników, a na dole pisałem nazwisko swoje i Andrzeja Strejlaua, drugiego trenera. Piłkarze pieniądze dostawali, a nas zawsze z listy skreślano. Tym samym czerwonym ołówkiem. Po kilkunastu podobnych przypadkach zdenerwowałem się i poszedłem zapytać władze…

…dlaczego was skreślają?

– Właśnie. Akurat od rozdziału pieniędzy w sporcie był szef Głównego Komitetu Kultury Fizycznej pan Kapitan. Idę do niego i wywiązuje się między nami taka rozmowa:

Ja: – Czy jak górnik wykona normę to dostaje premię?
Kapitan: – Dostaje!
Ja: – A kierownictwo?
Kapitan: – Też dostaje!
Ja (poirytowany): – To dlaczego my nic nie dostajemy?
Kapitan: – Bo przepisu nie ma!

Ten Kapitan zresztą nie raz powyjmował nam z kieszeni pieniądze. Jak wygraliśmy w Niemczech na mistrzostwach świata milion osiemset tysięcy dolarów, GKKF zabrał wszystko! Co do dolara! A piłkarzom wydzielił po parę tysięcy. Za to co zarobili piłkarze trzeba było bowiem przygotować reprezentację olimpijską na Montreal. Nas często traktowano jak chłopców do zarabiania. Jak jeździliśmy później do Ameryki na towarzyskie mecze, to za każdy musieliśmy przywieźć do kasy minimum dziesięć tysięcy dolarów. A piłkarze ile dostawali. Kpina. Pięć dolarów za wygraną.
Na wodę sodową.

– Jako trener kadry żył pan z gołej pensji?

– Dokładnie. Raz był wyjątek, jak wygraliśmy w Chorzowie w eliminacjach mistrzostw Europy z Holandią 4:1. Gracze dostali po 10 tysięcy złotych, nas ze Strejlauem jak zwykle skreślił tajemniczy czerwony ołówek. Oglądałem akurat jakiś mecz ligowy na Ruchu i tamtejszy prezes Trzcionka pyta mnie, ile piłkarze dostali premii za mecz? ?Po dziesięć tysięcy” – mówię. ?A pan ile dostał?”. ?Ja? Nic…”. No to Trzcionka zwrócił się do obecnych: ?Słyszycie? To ja dam panu Górskiemu dziesięć tysięcy!”.
I proszę sobie wyobrazić, że stoję już na dworcu w Chorzowie, a tu biegnie peronem taki pomagier Trzcionki, Dzieląg. I daje mi kopertę, a w niej jest dziesięć tysięcy… Wziąłem.


– Czy pieniądze są w życiu ważne?

– Zawsze się rozejdą. Najważniejsze są nasze dokonania, tego nikt nie odbierze.

– Jako prezes PZPN często musiał pan sam dawać premie lub odbierać, targować się z zawodnikami i trenerami o pieniądze…

– Takie sytuacje odbierałem jako żenujące. Prezes z piłkarzami nie powinien rozmawiać o wypłatach, bo od tego są trener z zarządem. Oni powinni ustalić na co stać związek i zakomunikować to zawodnikom. Komu to nie odpowiada, droga wolna.

– Zawodnikom najczęściej jest mało…

– I to jest skandaliczne. Reprezentanci doskonale zarabiają w klubach zagranicznych, ale nie wstydzą się dodatkowo wyciągać rękę do związku kiedy grają w kadrze. Powiem wprost – to wynika głównie z pazerności, która okazuje się ważniejsza niż zaszczyt reprezentowania barw, honor. I bajerują wszystkich wokół, że bez dużych pieniędzy to oni nie wygrają.

– A można wygrywać bez pieniędzy?

– Nie pieniądze wygrywają w futbolu, lecz umiejętności. Pieniądze są jedynie dopingiem do gry. Gdyby liczyła się tylko forsa, o mistrzostwo świata walczyłyby pewnie Arabia Saudyjska z Kuwejtem, bo są najbogatsze.

– Na czym polega to, że Górski to dobry trener, a zdecydowana większość pozostałych, to także świetni fachowcy, tylko z jedną dość istotną wadą… Nie mają wyników!

– Ja kiedyś bardzo często prowadziłem treningi w ośrodku w Zakopanem. Tamtejszy korespondent „Przeglądu Sportowego” Marian Matzenauer tak do mnie mówi któregoś razu: ?Jak patrzę panie Górski jak pan trenuje, a podglądam też wielu innych szkoleniowców, to pan tych piłkarzy w ogóle nie trenuje! Ja wiem o tym! – wchodzę mu w słowo. – Inni biegają, po dziesięć kółek na bieżni robią… Ale tak redaktorze ćwiczy się zawodników do maratonu… U mnie są zagrywki, dośrodkowania, piłkarze też biegają, tyle że z piłeczką! I robią i więcej, i mądrzej”.

– Czyli Matzenauer nie rozumiał tej różnicy?

– Nie tylko on. Bardzo wielu trenerów zaraziło się nową modą. Gmoch ciężarki mocował piłkarzom do pleców, inni do nóg. Myślano, że jak się zawodnikowi odczepi te kilogramy, to on na meczu zacznie fruwać. A on padał na pysk i nie mógł się od ziemi oderwać. Wielcy szkoleniowcy w ten sposób się wygłupiali. Przez tydzień katowali piłkarzy treningami, a w niedzielę zespół padał… odpoczywał.

– Przegapił pan… Zbyszka Bońka!

– Jak ja go mogłem przegapić, skoro on u mnie debiutował w reprezentacji! To było w 1976 z Argentyną w Chorzowie. W następnym meczu… to ciekawa historia. Pojechaliśmy do Francji, a tam dopadli naszych zawodników menedżerowie i dalej namawiać ich na kontrakty. Piłkarze całą noc nie spali, tylko przeliczali dolary na złotówki. A jeden Boniek spał, bo akurat wtedy jeszcze nikt go nie znał i niczego nie proponował. I następnego dnia był najlepszy na boisku.

– Ale parę miesięcy później, na igrzyska w Montrealu, pan go nie zabrał…

– Zdecydował sprawdzian z Irlandią. Boniek dostał zadanie do wykonania, a biegał sobie po boisku i robił co chciał. Wtedy go skreśliłem, za brak dyscypliny. Pomyślałem nawet, że on, młody, jeszcze na niejedne igrzyska pojedzie. No a nie pojechał już na żadne.

– A jak to było w kadrze Górskiego?

– Ja umiałem rozstawać się ze starszymi, uznanymi zawodnikami na korzyść młodzieży, jeśli robiła postępy. Był Lubański, jak go zabrakło Domarski, a kiedy wydawało się że ?bohater z Wembley” wykupił sobie abonament na grę w kadrze – ja wystawiałem już Szarmacha. Był Bulzacki, ale ja postawiłem na nieopierzonego Żmudę. I to wszystko w finałach mistrzostw świata, gdy pewniacy z Wembley wydawali się niezagrożeni.

– Skąd ma trener wiedzieć, że pora na zmiany?

– Jak ma właściwą koncepcję, a zespół przegrywa, to zawodników trzeba zmienić i to od razu, natychmiast. Kiedy jeden z moich ulubionych piłkarzy Leszek Ćmikiewicz przejął reprezentację po Strejlale, nie zmienił bodaj żadnego gracza. Co myślał wtedy? Ze Strejlauem przegrywali, a z nim będą zwyciężać? Mrzonki.

– Czemu zespół Górskiego wygrywał, prócz tego, że zawsze udoskonalał i skład, i sposób gry?

– Atakiem! Myśmy zawsze musieli pierwsi strzelić bramkę. Bo dopiero 1:0 to wynik, jakiego można bronić. Ale myśmy atakowali dalej. Ja miałem trzech napastników, do tego włączał się Deyna, to cztery, boczny obrońca, to pięć i jeszcze Kasperczak – to już było sześciu. Coś się działo. Zawiązywaliśmy akcje na jednej stronie, ściągało się rywala, a potem przerzut do Laty czy Gadochy. Dla nich minięcie jednego przeciwnika dryblingiem albo na szybkości, to jak pociągnięcie nosem było. I myśmy te zagrywki umieli na pamięć. A jaką zagrywkę umiała na pamięć ostatnia reprezentacja? Przy czym myśmy nic nadzwyczajnego nie wymyślili, bo wiele drużyn grało i gra ofensywnie. Ale my nie baliśmy się na taką grę postawić. I obaliliśmy po drodze kilka mitów.

– Jakich?

– Na igrzyskach `72, że nie leży nam NRD, że ze Związkiem Radzieckim nie wygramy, a Węgrzy to profesorowie futbolu. Potem w eliminacjach mistrzostw świata przekroczyliśmy barierę dźwięku wygrywając z Anglią! Kiedy nie pytano nawet kto wygra, tylko ile strzeli bramek. Na mistrzostwach świata dołożyliśmy nie tylko Włochom, ale i Argentynie, i Brazylii, która przypomnę była mistrzem świata. I zaraz potem nakopaliśmy goli Holendrom. Zespół od tej pierwszej ważnej wygranej rósł. I tak powinno być.

– Wszedł pan do polskiej historii medalem mistrzostw świata w piłce nożnej w 1974 roku. Ale taki sam medal zdobył osiem lat później Antoni Piechniczek. Jest trochę o pana zazdrosny, bo jemu tego miejsca w historii czasem się odmawia?

– Ja nie chcę porównywać obu naszych medali i oceniać, która drużyna była silniejsza, bo to przecież oczywiste. Moja szła od zwycięstwa do zwycięstwa, wniosła nowy styl do futbolu, gdy tamta miała potknięcia… Ale w sporcie liczy się wynik, a ten udało się zrobić i mnie, i Piechniczkowi. A skoro dwa razy się udało, niech się komuś uda ten trzeci!

– Jest to jeszcze możliwe?

– Dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe. Bo piłka, proszę pana, jest okrągła.

 

(rozmawiał Paweł Zarzeczny, „Piłka jest okrągła”, „EXPOL” – Włocławek 2004)