J. Kraska (3): Rozgoniłby obecną kadrę…

Pan Kazimierz był wesołym człowiekiem, lubił pożartować, pośmiać się, znał życie od podszewki. Zdarzało mi się podróżować z trenerem, ja za kierownicą, Górski w charakterze pasażera, i nigdy nie było nudno. Opowiadał ze swadą i polotem, a na policjantów działał niczym antyradar. Niepodrabialny człowiek, niepowtarzalny szkoleniowiec – wspomina Trenera Wszech Czasów w trzeciej części wywiadu Jerzy Kraska, olimpijczyk z Monachium.

 

Skoro już mowa o finale olimpijskim i Kazimierzu o Deynie, to słabo zaczął on finał olimpijski z Węgrami. To po stracie Kaki padł gol dla Madziarów. Górski zwrócił na to uwagę w przerwie?

 

Zdarzają się takie sytuacje na boisku, Kazik chciał zagrać prosto, przeciwnik przeczytał jego intencje i przejął piłkę. Hubert Kostka też nie przypilnował bliższego słupka i nieszczęście stało się faktem. Byliśmy tym zaskoczeni, niemiło, i w przerwie mieliśmy do siebie pretensje. Nie personalnie do Kazika czy Huberta, tylko ogólnie – wszyscy do wszystkich. Z tego co pamiętam, to trener Górski chwilę posłuchał, i poprosił o ciszę. Powiedział, że już tego wystarczy: „Panowie, spokojnie. Nie ma sensu się kłócić, bo gracie dobrze. Trzeba się skupić, i jeśli utrzymacie poziom z pierwszej części, to my ten mecz wygramy”. I tyle. A jak wyszliśmy na drugą połowę, to Deyna w miarę szybko wyrównał i mecz nie tylko zaczął się od nowa, ale też potoczył po myśli pana Kazimierza.

 

Deyna zgłosił kontuzję kilkanaście minut przed końcem?

 

Nie. Sądzę, że trener Górski doceniał fakt, że Rysiek Szymczak, który zastąpił Kakę umiał utrzymać piłkę. To był doświadczony zawodnik, cwaniak, więc ta zmiana była po to, żeby utrzymać prowadzenie. Szarpnął zresztą kilka razy na lewym skrzydle konkretnie, bo król strzelców pierwszej ligi wszedł na tę stronę pomocy, wcale nie do ataku, czym ostudził ewentualne zapędy Węgrów. Zatem plan selekcjonera powiódł się w stu procentach.

 

 

Pobalowaliście po złotym medalu?

 

Pozwolenie od selekcjonera było, ale z tego co pamiętam – niespecjalne były te balety. Po kilka piwek wypiliśmy, to wszystko. Wcześniej zresztą też nam browarku nie brakowało, gdy wracaliśmy z meczów, to w pociągu piwo roznosili stewardzi, bezpośrednio do przedziałów. Trener Górski pozwalał nam uzupełniać płyny, ale nie przesadzaliśmy. Aha, po finale dostaliśmy jeszcze szampana, którego – zresztą wraz z Ryśkiem i Jarosikiem – wypiliśmy u nas w pokoju.   

 

 

Premie za złoty medal olimpijski były godne?

 

Dostaliśmy nagrody finansowe, podzielone w zależności od liczby rozegranych minuty, ale nie były to jakieś wielkie pieniądze. Malucha, czyli fiata 126p nie kupiłby za to. Gdzie zresztą do malucha!? Dostałem 4,5 tysiąca złotych, a fiacik kosztował – zdaje się – 69 tysięcy. Dostaliśmy zdaje się równo po trzy dyrektorskie pensje. Przywiozłem jeszcze radio z Niemiec, takie, jakiego u nas nawet nie produkowali. Zresztą o czym my mówimy; na stołówce były automaty do wyciskania soków ze świeżych owoców, które wtedy dla nas też były nowością. Zjawiskową. Bo jak mówiłem, świat był zupełnie inny, i podzielony żelazną kurtyną. Co na boisku było widać już na pierwszy rzut oka, ponieważ w krajowym sprzęcie z Polsportu wyglądaliśmy jak ubodzy krewni ekip ubranych w stroje adidasa. Dres dostałem za duży. Przygotowany, jak głosił napis na karteczce, dla świętej pamięci… naszej znakomitej lekkoatletki, Ireny Szewińskiej. Chyba tylko buty mieliśmy od adidasa. Choć pamiętam, że Deyna grał w „polsportach”. Byłem zdziwiony, bo były jakieś trochę powykrzywiane, jakby już zużyte, ale innych by nie założył. Mimo że krajowe korki były twarde i sztywne, to Kazikowi pasowały i już! Na tyle, że zdobył tytuł króla strzelców turnieju olimpijskiego.

 

 

Po igrzyskach przyszło otrzeźwienie w kwalifikacyjnym meczu z Walią.

 

Owszem, nie wiedzieliśmy, czego możemy oczekiwać w Cardiff i gospodarze stłamsili nas fizycznie. Nie było jednak tak, że zakochaliśmy się w sobie z wzajemnością, bo zaraz po igrzyskach przestrzegano nas, że eliminacje mistrzostw świata to zupełnie inna skala wyzwania, i tak naprawdę dopiero one nas zweryfikują. Na fizyczną walkę z Walijczykami nie byliśmy jednak przygotowani. Wyspiarze wskazali nam miejsce w szyku, na szczęście w najlepszym możliwym momencie. Chętnie używali łokci, nie stronili od walki wręcz. Zmusili nas, aby zupełnie inaczej – również mentalnie – przygotować się do następnego meczu, w którym w Chorzowie rywalem była Anglia.

 

 

Trener Górski także wyciągnął wówczas wnioski, i mocno przemodelował skład.

 

To prawda, ale zanim do tego przejdę powiem, że kiedy na początku grudnia 2020 roku w eliminacjach MŚ 2022 Polska wylosowała Anglię i Węgry, momentalnie pomyślałem: – Boże, jakie miłe wspomnienia mam z meczów z tymi przeciwnikami! My z Anglią, aby myśleć o awansie do finałów Weltmeisterschaft 1974, musieliśmy bezwzględnie wygrać w Chorzowie. Byliśmy już na musiku, ale trener Górski zachowywał kamienną twarz i spokój, który i nam się udzielał. Mnie tym razem wystawił na lewej pomocy. Nieprzypadkowo, bo naprzeciwko miałem Martina Petersa, mistrza świata z 1966 roku. Z poleceniem, żebym odpowiednio się nim zaopiekował.  Dystans naszego szkoleniowca przydał się już w tunelu, Anglicy od początku spoglądali bowiem na nas z góry. Bezczelnie żuli gumy, butami walili w ściany i patrzyli nas jak na żuczki, które za chwile zdmuchną z boiska. Mieli bardzo dobrych zawodników, na pewno lepszych od nas, ale buta ich zgubiła. Trener Górski miał rozterki przed ustaleniem składu, ale wybrał bez pudła. Dodatkowo – o czym już wcześniej wspomniałem – trener Gmoch świetnie wychwycił ryzykowną manierę Bobby’ego Moore’a, z czego użytek zrobił Włodek Lubański. Potem Angole się przebudzili, i przy stanie 2:0 pograli naprawdę świetnie, ale było już za późno, żeby nas zatrzymać. Spasowali więc, czemu w sumie trudno się jednak dziwić, skoro w perspektywie mieli rewanż na Wembley.

 

 

Domyślam się, że wtedy nie sądził pan, że ten historyczny mecz, pierwszy zwycięski z Anglią i do dziś jedyny taki, będzie dla pana ostatnim w reprezentacji Polski…

 

…i słusznie, tak naprawdę wszedłem dopiero do zespołu i zacząłem się rozkręcać. Szło mi tak dobrze, że aż strach pomyśleć, co byłoby dalej, gdyby nie kontuzje. Początek był wyśmienity, a przecież wciąż się rozwijałem. Niestety, zostałem powołany na nikomu niepotrzebny mecz między Poznaniem a Warszawą, na stadionie Warty po sezonie ligowym. Po kilkunastu minutach, kiedy na twardym wyschniętym boisku zrobiłem zwrot, trzasnęło mi coś w kolanie. To był początek wielomiesięcznych starań o powrót na boisko, bez precyzyjnej diagnozy. Mecz na Wembley oglądałem w szpitalu, na wózku. Denerwowałem się bardziej, niż gdybym grał. A okazało się, że to dopiero początek wielkich występów reprezentacji trenera Górskiego, które mnie ominęły. Bo reprezentacja za moich czasów, ta najlepsza, dopiero zaczynała się tworzyć… Tyle że jeszcze w marcu 1974, kiedy chwilowo trenowałem w Gwardii, pan Kazimierz powołał mnie na sparing kadry z Fortuną Duesseldorf rozgrywany na stadionie Marymontu. Po kilkunastu minutach kolano znów jednak trzasnęło, mimo że już nie miałem łąkotki. Wynieśli mnie na noszach, a potem przez lata po wysiłku miałem wysięk, i co zaczynałem wracać do formy, to znów dopadała mnie kontuzja. Medycyna była na innym poziomie, sześć długich – z perspektywy piłkarza najlepszych w karierze – lat miałem po prostu straconych. Taka prawda…

 

 

Jak w tej sytuacji zachowywał się trener Górski? Tracił talent być może z półki Deyny…

 

Ja bym siebie aż tak wysoko może nie sytuował. Prawdą jest natomiast, że pan Kazimierz cały czas interesował się moim stanem, do meczu z Fortuną byłem brany pod uwagę na wyjazd na finały mistrzostw świata. Bo byłem trenerowi potrzebny. Jeśli nie sam, to przez doktora Janusza Garlickiego szkoleniowiec dowiadywał się, jak przebiega moja rehabilitacja. Czułem wsparcie, bo taki był to człowiek – serdeczny. Tyle że pewien etap w mojej karierze po prostu się skończył. Kadra odjechała, mistrzostwa w Niemczech oglądałem w domu. Z uznaniem dla kolegów, ale i z niedosytem, że mnie tam nie ma. I nawet żalem, że najwyższy poziom mi ucieka… Umiałem już dużo, miałem doświadczenie ze zwycięskich igrzysk, ale na pewno nie byłem w apogeum możliwości. Miałem dopiero 22 lata, znajdowałem się zatem w wieku, kiedy piłkarz jeszcze wiele się uczy. Zaczynałem w ataku, ale szybko zacząłem specjalizować się zatrzymywaniu i odbieraniu, i dzięki temu zostałem – mogę chyba tak powiedzieć – najbardziej ulubionym zawodnikiem trenera Górskiego do zadań specjalnych. Po igrzyskach w Monachium wychodziłem już przecież na każdy mecz w podstawowej jedenastce. I nic nie wskazywało, że to miałoby się zmienić. A była to jedna – jak się szybko okazało – z najlepszych drużyn na świecie…

 

 

Co składało się na siłę Orłów Górskiego?

 

Świetny klimat w zespole, o który dbali zarówno selekcjoner jak i zawodnicy, no i klasa znakomicie wyselekcjonowanych i dopasowanych piłkarzy. Osobowość trenera miała niebagatelne znaczenie, miał u wszystkich wielki i niekwestionowany autorytet, był ostatnią instancją we wszystkich kwestiach. Traktował swoich piłkarzy jak członków rodziny, i wszyscy tak też się czuli na zgrupowaniach. W Orłach Górskiego, już w zespole oldbojów, gdzie przez bodaj 13 lat miałem wiele okazji, żeby nie tylko wreszcie nagrać się u pana Kazimierza – bo zdrowie już przestało przeszkadzać – ale i pogadać z nim od serducha, nic się zresztą nie zmieniło. Pamiętam, gdy trener już zbliżał się do mety, zawołał jeszcze swego syna Darka, i powiedział: „Tylko pamiętaj o Jurku Krasce”. Był takim człowiekiem, że kiedy już się do kogoś przekonał, to na dobre i na złe. A dzięki Orłom Górskiego przedłużył nam młodość o kilkanaście lat. Ba, może nawet i o pełne dwie dekady. Pan Kazimierz był wesoły, lubił pożartować, pośmiać się, znał życie od podszewki. Zdarzało mi się podróżować z trenerem, ja za kierownicą, szkoleniowiec w charakterze pasażera, i nigdy nie było nudno. Opowiadał ze swadą i polotem, a na policjantów działał niczym antyradar. Niepodrabialny człowiek, niepowtarzalny szkoleniowiec.

 

 

Jest szansa, że jeszcze dożyjemy czasów, w któryś selekcjoner reprezentacji Polski zbliży się do wyników do Orłów Górskiego?

 

Chciałbym, żeby tak było, ale wątpię, aby tak się stało. Kiedy czasami patrzę na naszą reprezentację, która nie ma pomysłu na rozgrywanie i z uporem maniaka cofa piłkę do stoperów, odechciewa mi się oglądać. Gdyby przecież pan Kazimierz zobaczył takie zagrania z gatunku: „ty do mnie, ja do ciebie”, to wkurzyłby się i rozgonił całe towarzystwo. Nam tak nie wolno było zachowywać się na boisku, mieliśmy obowiązek grać do przodu. Obowiązek, i wewnętrzną potrzebę też. Kreowaliśmy znacznie więcej bramkowych, i w ogóle sensownych sytuacji niż obecnie drużyna narodowa. Zasługą trenera Górskiego było, że dobierał właśnie takich zawodników, którzy taki styl mieli zapisany w DNA. Z tego wzięły się wyniki, z tego wziął się styl, który podziwiał cały świat. Styl, który rodził się za moich czasów, a do perfekcji został doprowadzony podczas finałów mistrzostw świata w 1974 roku. Nie oszukujmy się, to był efekt także ciężkiej pracy, którą pan Kazimierz potrafił wyegzekwować od zawodników. Styl był może i prosty, zresztą selekcjoner powtarzał, że piłka jest prostą grą i nie ma sensu na siłę jej komplikować, ale nasze rozwiązania były dopieszczone, a schematy każdy pamiętał nawet we śnie i był w stanie zastosować z zamkniętymi oczami… I to także była – ważna – tajemnica sukcesu.

 

 

Rozmawiał Adam GODLEWSKI