Józef Baryła (2): Honor godny Lwowa

Z panem Kazimierzem spędziłem – w wielu podróżach po Polsce – 9 lat. Kiedy organizowałem pogrzeb, miałem mało czasu na sen. Najwyżej 4 godziny. Warto było jednak, ostatecznie udało się bowiem zorganizować ceremonię – uznaną później za państwową – na jaką zasługiwał ten wielki Polak. I podziękować w ten sposób za wszystko co zrobił dla rodaków – wspomina Józef Baryła w drugiej części rozmowy.

 

– Przecież jak Orły Górskiego wracały z olimpiady Monachium w 1972 roku witano reprezentację Polski niczym później ojca świętego! Specjalny autokar, dywan, miliony ludzi przed telewizorami. Niektórzy powiadają, że ulice były niczym wymarłe. Może i tak, ale na pewno nie wzdłuż przejazdu reprezentacji Polski opromienionej olimpijskim złotem. Bo tam tętniło życie, tam w wtedy było serce Polski!

 

03.03.2006 Warszawa Palac Prezydencki. Wręczenie przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyża Komandorskiego Odrodzenia Polski Kazimierzowi Gorskiemu. Gratulacje od Józefa Baryły (pierwszy z prawej), Lesława Ćmikiewicza i Jana Tomaszewskiego oraz trenera Stefana Białasa. fot. Dariusz Górski/FOTONOVA

 

 

Tajemnice Wembley z Rządem RP na emigracji w tle

 

Kiedyś bardzo częstym tematem naszych rozmów było Wembley. Nie wynik, i nie przebieg rywalizacji, bo to wszyscy znali na pamięć, tylko otoczka. Henio Kasperczak już na rozgrzewce przybiegł do trenera Górskiego. Wzburzony i wręcz  ze skargą na ustach, że miejscowi kibice wyzywają polskich piłkarzy od zwierząt. „I wtedy już wiedziałem, panie Józiu, że możemy ten mecz przegrać, ale na pewno się nie poddamy. Oni nas zlekceważyli, i dodatkowo w ten sposób zmotywowali. A my tydzień wcześniej zremisowaliśmy z Holendrami. Dodam – z silnymi Holendrami, na dodatek na wyjeździe. Nie wyciągnęli z tego z wniosku, nie dało im do myślenia, że w Rotterdamie reprezentacja Polski rozegrała bardzo dobre spotkanie na 1:1. To była jedna ze składowych sukcesu; dodatkowa motywacja” – pan Kazimierz wspominał kulisy meczu, dzięki któremu jego zespół zapisał się w historii światowego futbolu.

 

W tym miejscu wręcz muszę poruszyć jeszcze jeden wątek. Mianowicie – jestem wdzięczny panu Kazimierzowi za jego lwowską duszę. I honor. Kiedy pół roku wcześniej był na Wembley na rekonesansie, w restauracji, gdzie jedli kolację, biesiadował polski rząd na emigracji. Śpiewano przy tym stole lwowskie piosenki, których nie słyszał od lat. Miał łzy w oczach, oddałby wszystko, żeby dołączyć do swoich, jak sądził. Wspominał: „Jakżeż ja wtedy chciałem usiąść z nimi i zaśpiewać. Przypomnieć sobie młode lata. Zapytałem, czy można, ale nie pozwolili”– mówił z dużą emocją mimo upływu lat.  A kiedy już po zwycięskim remisie na Wembley ta VIP-owska śmietanka z własnej inicjatywy zaproponowała spotkanie, bo raczyła wreszcie dostrzec, kim jest i czego dokonał tego lwowiak – odmówił. Dlatego jestem dumny z pana Kazimierza. Kresy mają swój honor, czego otoczenie Prezydenta Rzeczypospolitej na emigracji najwyraźniej nie wzięło pod uwagę. Ludzie ze Lwowa i okolic dla przyjaciół zdejmą ostatnią koszulę i podzielą się ostatnią kromką chleba. Ale kiedy doznają przykrości, też potrafią się zachować. Uświadomi im to pan Kazimierz.

 

 

Nie tylko we Lwowie. W Gliwicach też! I nawet warto skłamać.

 

Kiedy pojechałem do szkoły, do której we Lwowie chodził pan Kazimierz, to na dzień dobry zapytałem, czy jest tu jeszcze jedna potrójna ławka, przy której zwykli siadać Górski, Zbigniew Kurtycz i Adam Zwoliński, który później grał w Piaście Gliwice. „I wcale gorzej ode mnie nie grał” – jak po latach komplementował dawnego kolegę najlepszy polski selekcjoner. Niestety, tej nietypowej już nie było, ukraińska pani dyrektor nie miała nawet pojęcia, że kiedyś w ogóle istniała. Została w zasadzie tylko w mojej pamięci. I tych, którzy słuchali opowieści pana Kazimierza o jego gimnazjalnych czasach…

 

Swoją drogą, Piast też zresztą zakładali wysiedleńcy ze Lwowa, bo wielu z nich los rzucił do Gliwic. I właśnie w Gliwicach ostatni mecz na żywo obejrzał trener Górski. Był to mecz Piasta z Polonią Bytom, w 2005 roku, jeszcze w drugiej lidze, na który zaprosił pana Kazimierza ówczesny dyrektor klubu Józef Drobnicki. Gospodarze wygrali 1:0 wspomniane śląskie derby – rozgrywane tuż po południu, ale przy niezłej jak na tamte czasy frekwencji. Dyrektor Drobnicki dał bowiem ogłoszenie w prasie, że przybędzie twórca Orłów Górskiego, i z tej okazji wszyscy kibice Polonii Bytom, po okazaniu dowodów, wejdą na trybuny za darmo. To był magnes dla fanów. A o niespodziankę dla pana Kazimierza zadbałem osobiście. Konkretnie o to, żeby na stadionie obecny był też Zwoliński. Ludzie z Piasta nie robili problemów, zrobili wszystko, żeby pan Adam pojawił się wraz z opiekunem i także uczcił obecność pana Kazimiera. Przez szacunek, jaki w gliwickim klubie do końca darzono trenera Górskiego. A o to, żeby obaj koledzy ze szkolnej lwowskiej ławy czuli się równie dobrze na trybunach i w kuluarach, zadbałem osobiście.

 

Nie lubię kłamać, ale wtedy skłamałem dwa razy. Kiedy pan Zwoliński przyjechał z opiekunem dopiero tuż przed pierwszym gwizdkiem, do końca trzymałem dla niego miejsce. Każdy kibic Piasta chciał usiąść tam, gdzie siadał zwykle, ale ja zadbałem, żeby starzy Kresowiacy mogli sobie w spokoju pogadać i powspominać gimnazjalne czasy, pobałakać po swojemu. Po końcowym gwizdku zabrałem oczywiście pana Zwolińskiego na kolację, wmawiając, że pamiętał o nim klub, który organizował przyjęcie i jest to zaproszenie od Piasta. A potem oddałem prezenty przeznaczone dla mnie i mojego syna, panu Adamowi i jego opiekunowi. Wmawiając, że jedynie kelner się pomylił i źle rozpoznał odbiorców. Po kolacji, a było już po północy, wracaliśmy do Warszawy, bo pan Kazimierz nigdy nie chciał nocować poza domem, usłyszałem od trenera: „Nie wypada kłamać, panie Józiu, ale czasami warto to zrobić. A dziś to jestem panu za to nawet bardzo wdzięczny. Pan dziś skłamał dwa razy, ale tymi małymi kłamstewkami dał pan radość staremu człowiekowi. Jak on się ucieszył, że o nim pamiętali, i nawet prezent mu przygotowali! A to mój przyjaciel z czasów szkolnych. Dziękuję, że pan tak się zachował.”

 

Cieszył się, że jego stary kumpel, który niedługo po nim wybrał się na niebiańskie boiska, tak fajnie czuł się w jego towarzystwie na meczu i po meczu Piasta z Polonią Bytom. Zresztą pan Kazimierz także świetnie się wtedy bawił, potrzebował kontaktu ze Lwowem i lwowiakami, zawsze nie tylko lubił tamte klimaty i specyficzny język kresów, ale i tęsknił za tym wszystkim. Bo to było jego życie, za którym do końca swoich dni tęsknił…

 

 

Zamiast mandatów, policjanci oddawali honory przed radiowozem

 

Pan Kazimierz, jak już wspomniałem, nigdy nie chciał nocować w hotelach. Z dalekiego nawet wyjazdu wracaliśmy do mieszkania na Madalińskiego czasem nawet o drugiej, trzeciej nad ranem, a potem raniutko wstawałem, żeby uszykować bar, w którym musiało być wszystko, co nie szkodziło panu Kazimierzowi. I znów ruszaliśmy w trasę, bywało, że i 350 kilometrów. Na spotkanie z dziećmi, z młodzieżą, z kibicami. I po drodze wielokrotnie przekonywałem się, jak pan Kazimierz i jego nazwisko trafiało do ludzi. We wsi, którą przemierzaliśmy po trasie, wpadłem kiedyś na radar jadąc ponad 90 km/h.  

 

– Gdzie się pan tak spieszy?

 

– Ja to nigdzie, ale pan Kazimierz Górski jest półgodziny spóźniony na spotkanie z dziećmi.

 

– Jezu panie Kazimierzu, to dzieci nie mogą czekać. Proszę jechać.

 

Innym razem Krzysiu, mój syn, przekroczył prędkość. Znacznie. Wyszedłem z podpisanymi zdjęciami, młodszy z policjantów sprawdził, czy to rzeczywiście pan Kazimierz siedzi na przednim siedzeniu, a następnie powiedział:

 

– Tylko uważajcie, bo za dwadzieścia kilometrów będzie kolejny patrol.

 

Poprosiłem zatem, żeby przez szczekaczkę poinformowali, że to jedziemy Trener Wszech  Czasów, i żeby nas też nie zatrzymywali. Zostawiłem zdjęcia także dla dwóch kolejnych funkcjonariuszy. Ruszyliśmy, a po 20 kilometrach załoga radiowozu stała na baczność przed autem i oddawała honor panu Kazimierzowi!

 

Raz tylko zanocowaliśmy, po spotkaniu w Brdzie Pilskiej, w najpiękniejszym zakątku Polski. Pojechaliśmy na powiatowy turniej. Duży, każda gmina i wioska wystawiły. Tylko problem był trafić, z perspektywy Warszawy jest to za Chojnicami i Człuchowem, już na trasie trasie na Koszalin.

 

Panie Józiu, czy nie zabłądziliśmy? Bo tu tylko lasy i lasy. Nic więcej.

 

– Nieprawda, jeszcze straże pożarne. Bo oni też jadą na spotkanie z panem. Tak zakładam…

 

Przyhamowaliśmy, przepuściliśmy jeden z wozów i jechaliśmy za strażakami. W ten sposób dojechaliśmy na stadion. A tam chlebem i solą pana Kazimierza przywitał ksiądz. Z Chojnic do Koczały jest z 50 kilometrów, ale burmistrz nie wahał się przyjechać na to spotkanie. Pojawili się także elegancko ubrani, wszyscy pod krawatami, wójtowie mniejszych miejscowości, bo to było dla tego regionu święto. Prawdziwe święto. Po meczu wszystkie drużyny siadały wokół trenera i chłopcy robili sobie pamiątkowe zdjęcia, ale dostawali też ode mnie te z autografem pana Górskiego. Tego wieczoru był mecz Polski z Węgrami, wyjazdowy. I pan Kazimierz chciał obejrzeć to spotkanie i postanowił, skoro następnego dnia o godzinie 10 mieliśmy w Bydgoszczy kolejny mityng – z dziećmi z zespołem Downa – nie wracać do domu. Zanocowaliśmy w pięknym hotelu, nad jeziorem. I obejrzeliśmy ten mecz. Wygraliśmy 2:1, u rywali bronił bramkarz w dresach, takich balonówkach. Gabor Kiraly. I dobrze, że moje volvo było pojemne. Bo koszyk od gminy, osobny od rolników, karton wędzonych ryb od właściciela hotelu – nie mogliśmy przecież odjechać z pustymi rękoma. To znaczy pan Kazimierz nie mógł. Funkcjonują tam szkoła podstawowa i liceum, i w dniu pogrzebu pana Kazimierza została ogłoszona żałoba, dzieci nie miały lekcji. Wszyscy oglądali pogrzeb w telewizji. Czy to nie jest wzruszające?

 

 

Paweł zrezygnował z honorarium. A kto wie, jak smakuje węgorz z piwem?

 

 

W pewnym momencie naszej znajomości powiedziałem: „Panie Kazimierzu, trzeba by napisać książkę biograficzną. Przyda się, zostanie pamiątka na zawsze. „Ja mam już brudnopisy, Pawełek Zarzeczny mi napisał” – odrzekł. Wziąłem te brudnopisy w piątek, czytałem całą noc, skończyłem w sobotę o jedenastej. Usnąłem. Następnej nocy przeczytałem po raz drugi. I zacząłem robić korektę. Trwało to ze trzy miesiące. W mieszkaniu państwa Górskich przy ulicy Madalińskiego odbyliśmy na ten temat wiele rozmów. Najwięcej – na temat rozdziału o pani Marii. Broniłem tej treści, bo pani Górska robiła wszystko w domu, zdejmowała z pana Kazimierza wszystkie obowiązki. Żeby mógł bezgranicznie poświęcić się swojej drugiej miłości jaką była piłka.

 

Gdy książka „Piłka jest okrągła” miała już wychodzić do druku, a Paweł – miał wtedy dobry czas, przez kilka miesięcy pił z nami herbatę albo wodę – w pewnym momencie zagaił:

 

– Wiesz co Józiu, ale tu nie ma kilku rozdziałów. To tylko ty mogłeś je wyrzucić. Czemu to zrobiłeś?

 

– Bo przyjdzie taki moment, że pan Kazio umrze, ja umrę, ty Paweł umrzesz, a to ma być świadectwo człowieka takim, jakim był. Ta książka powinna ciepła.

 

– I niech tak będzie – powiedział pan Kazimierz.

 

Paweł też ostatecznie się przekonał. Powiedział, że najpierw się zdenerwował, ale potem mu przeszło. Potem napisał mi oświadczenie, że rezygnuje z honorarium. I wszystkie tantiemy z praw autorskich przekazuje na dobrą, szczęśliwą starość pana Kazimierza. Zarzeczny dwie dekady spędził w towarzystwie pana Kazia, bywał u niego w domu. A na jego przyjęciu weselnym państwo Górscy cieszyli się większą popularnością niż państwo młodzi. To znaczy tak zawsze mawiał Paweł, który był częstym tematem naszych rozmów. Pan Kazimierz, który miał do niego wielką słabość, mawiał:

 

– Pan Bóg dał mu takie pióro, a on pije piwsko i marnuje talent.

 

– A jakby tak przylał mu pan, panie Kaziu, swoją laską, to może by się opamiętał?

 

– O nie, panie Józiu. Bo wtedy by go zabolało….

 

Kiedy Pawełek w 2005 pojechał na Warmię i Mazury do Nowego Miasta Lubawskiego i nie chciał wracać, gdy pan Kazio był w szpitalu, Zadzwoniłem, zbeształem, powiedziałem, że gówno mnie obchodzi jak wróci, ale ma wracać. Jak się tłumaczył po powrocie?

 

– Czy ten Józio może zrozumieć jak smakuje węgorz z piwkiem? Albo jak szczupak z wyborową?

 

– Tak, Pawełku, masz rację. On tego nigdy nie rozumie… cdn.

 

 

Wysłuchał Adam GODLEWSKI