Jerzy Talaga(2): Urodzony psycholog

Profesor Jerzy Talaga w latach największej świetności reprezentacji Polski był kierownikiem szkolenia w PZPN. Czyli bezpośrednim zwierzchnikiem selekcjonera Kazimierza Górskiego. I tak wspomina tamten okres. „Proszę nie wierzyć w wyssane z palca opowieści, że Talaga z bandą z warszawskiego AWF kiedykolwiek chcieli wykończyć Górskiego. To grube, nieuczciwe słowa, na które nie zasłużyliśmy. Ich autor miał chyba jakiś kompleks naszego środowiska, bo skończył politechnikę. Chciał zaimponować umysłem matematycznym, a w procesie szkolenia nieodzowna jest właściwa metodyka nauczania. Zaś potem, w prowadzeniu drużyny – umiejętne podejście do ludzi. Takie, jak właśnie Kazio, który miał wybitne zdolności psychologiczne, choć nie skończył psychologii. Już po prostu się z nimi urodził. Wiedział, na ile może pozwolić zawodnikom i za to go szanowali.  Do dziś zresztą odnoszą się do osoby trenera Górskiego z wielką estymą. Dla nich pozostał Bogiem i ojcem.

 

 

 

 

 

Miał pan wgląd we wszystkie treningi podczas zgrupowań? Górski nie strzegł zazdrośnie tajników swego warsztatu?

Miałem nie tylko wgląd w treningi, ale nawet obowiązek ich obserwacji. Górski był otwarty na dyskusje. Nie obruszał się nawet na merytoryczne sugestie – pod warunkiem jednak, że pokazano, jak można jakiś element wykonać lepiej, a nie tylko oceniono, iż coś jest robione źle. No i chłonął nowości. Tyle że w sam proces przygotowania zespołu nie wtrącałem mu się jako kierownik szkolenia. Wychodziłem z założenia, że wiedział co robi. Zwłaszcza że nigdy nie prosił o pomoc. Kazio zawsze osobiście prowadził zajęcia. Andrzej Strejlau i Jacek Gmoch tylko pomagali. Metodycznie selekcjoner nie był z pewnością przygotowany tak jak już wtedy Andrzej – uczelnia dawała szersze horyzonty, jeździliśmy już wtedy do innych krajów, czytaliśmy literaturę międzynarodową i potrafiliśmy to przenosić na polski grunt – ale umiał skorzystać z wiedzy asystenta.

 

Górski obronił się na wyższej uczelni dopiero w roku 1980. Dlaczego nie na AWF w Warszawie?

Dyplom uzyskał we Wrocławiu. Już po pracy w reprezentacji, i po pierwszym sukcesie w Grecji, z Panathinaikosem. Pewnie dlatego, że dopiero wówczas znalazł czas. Prowadząc kadrę miał naprawdę dużo na głowie; nieustannie był w rozjazdach na obserwacjach, nawet w domu bywał gościem. Prawda jest zresztą taka, że dopiero w Atenach, gdzie dotąd jest uwielbiany, odżył po rozstaniu z kadrą po srebrnym medalu igrzysk w Montrealu. Bo o okoliczności związane z pożegnaniem miał żal. Zwłaszcza do dziennikarzy. Natomiast po wyjeździe – Kaziu świetnie wkomponował się w tamtejszą mentalność. Grek nie lubi krzyku, lubi za to luz. I to wszystko od naszego trenera zawodnicy spod Akropolu dostali. Proszę nie wierzyć w wyssane z palca opowieści, że Talaga z bandą z warszawskiego AWF kiedykolwiek chcieli wykończyć Górskiego. To grube, nieuczciwe słowa, na które nie zasłużyliśmy. Ich autor miał chyba jakiś kompleks naszego środowiska, bo skończył politechnikę. Chciał zaimponować umysłem matematycznym, a w procesie szkolenia nieodzowna jest właściwa metodyka nauczania. Zaś potem, w prowadzeniu drużyny – umiejętne podejście do ludzi. Takie, jak właśnie Kazio, który miał wybitne zdolności psychologiczne, choć nie skończył psychologii. Już po prostu się z nimi urodził. Wiedział, na ile może pozwolić zawodnikom i za to go szanowali. Nie wykorzystywali jego dobroci, starali się zawsze być fair. W klubach mieli świetnych trenerów, widzieli, że selekcjoner pracuje może trochę inaczej – miał swoje, charakterystyczne ćwiczenia – i na boisku raczej nie może im zaimponować, ale podporządkowywali mu się bezwzględnie. Do dziś zresztą odnoszą się do osoby trenera Górskiego z wielką estymą. Dla nich pozostał Bogiem i ojcem.

 

Był zupełnym przeciwieństwem swego poprzednika, Ryszarda Koncewicza?

Odnosiłem wrażenie, że wcześniej rywalizowali z Koncewiczem. Faja piłkarzem był gorszym od Górskiego, a jako trener był naturszczykiem. Tyle że – zwłaszcza jak na tamte czasy – naprawdę bardzo dobrym fachowcem. Po przedwojennych kursach, podobnie jak Michał Matyas, prowadzonych przez Anglików i Niemców we Lwowie. W PZPN był kierownikiem wydziału szkolenia, trenerem reprezentacji, tworzył podstawy – logistyczne i filozoficzne pod polski futbol. Słowem: człowiek-instytucja. Miał dużą władzę, ale nie miał wyników, bo nasze piłkarstwo było wówczas słabe. Poza tym był to autokrata, despota, człowiek wybitnie nielubiany przez piłkarzy. Kto tylko się wychylił – wylatywał z kadry prowadzonej przez Koncewicza. Kazio był innym człowiekiem, zupełnie. Urodził się po prostu z takim podejściem do ludzi, że wszyscy go lubili. Poza tym trafił na fantastyczny rocznik, tamci piłkarze wyprzedzali epokę. Najpierw w Górniku i Legii, a chwilę później w reprezentacji, którą już przejął Górski.

 

Chce pan powiedzieć, że czynnik szczęścia był istotny dla powodzenia misji trenera Górskiego?

To zależy jak na to spojrzeć. Jeśli z dzisiejszej perspektywy – to reprezentacje Adama Nawałki i Jerzego Brzęczka potrzebowały znacznie więcej szczęścia, żeby osiągnąć swoje wyniki; nieporównywalne przecież z Orłami Górskiego, o wiele słabsze. Zatem przesadnie nie szermowałbym tym argumentem.  Kazio ułożył świetny zespół. Miał do dyspozycji fantastycznych piłkarzy, ale potrafił ich właściwie zestawić i znaleźć z nimi wspólny język. Dziś mamy Roberta Lewandowskiego – widziałem kilka jego naprawdę bajecznych zagrań – ale w mojej ocenie to nie jest taki talent jak Ernest Wilimowski, Diego Maradona, czy Johan Cryuff. Można się zastanawiać, czy to piłkarz pokroju Włodka Lubańskiego lub Kazia Deyny. Tyle że wtedy reprezentacja Polski po medal mistrzostw świata potrafiła sięgnąć nawet po kontuzji Włodka. Co chyba najlepiej oddaje skalę potencjału tamtej generacji. Zawodnicy byli utalentowani i świetnie przygotowani taktycznie. Na każdej pozycji mieliśmy wybitnego gracza, a nawet po dwóch w każdej formacji. Trafiły się nawet dwa takie pokolenia – bo jednak zespół z olimpiady różnił się znacząco od tego, który pojechał na mistrzostwa świata. Mądrość trenera polegała na tym, żeby nie przegapić konieczności zmiany pokoleniowej. Proszę zauważyć, że zespół ewoluował także pod względem taktycznym. I w Weltmeisterschaft 1974 grał nie tylko o wiele bardziej efektownie, ale i o wiele dojrzałej niż na igrzyskach.

 

Na olimpiadę w Monachium polska drużyna pojechała świetnie przygotowana przede wszystkim pod względem motorycznym. I dobrze broniła.

Kazio miał w sztabie reprezentacji Lesława Makucha, człowieka po wrocławskiej uczelni, który później został tam adiunktem. I rzeczywiście ten specjalista wyśmienicie przygotował piłkarzy do igrzysk pod kątem fizycznym. Sprawdził się doskonale, i to kolejny dowód na to, że Górski miał świetne wyczucie – szczęście oczywiście również – do ludzi.

 

Działał już wtedy w kadrze bank informacji, który także stanowił novum na skalę światową….

… na pewno był bardzo wydajny, i także ma niezaprzeczalny wkład w medal olimpijski, ale nie zgodzę się, że to była absolutna nowinka. A już na pewno nie w skali światowej, bo warto tym miejscu zaznaczyć, że nawet w Polsce pierwszy bank obserwacji powstał znacznie wcześniej. Dzięki wspomnianemu docentowi Kłyszejce. Pan Walenty był Estończykiem, przyjechał z Tallina na studia do Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego, a kiedy ukończył uczelnię – wystąpił o polskie obywatelstwo. Przed wojną z bardzo dobrym skutkiem prowadził reprezentację Polski koszykarzy, nawet w IO w Berlinie, a w 1939 dostał się do dywizji generała Stanisława Maczka i zapisał w niej piękną kartę. Po wojnie wrócił na uczelnię i do koszykówki. I to on zaczerpnął z basketu pomysł i dostrzegł konieczność wprowadzenia również w piłce nożnej zbierania informacji o przeciwnikach. I zainspirował do tego Koncewicza. Bardzo poważnie traktował naszą specjalizację piłkarską na AWF, pod której powstanie cegiełkę – o czym wspomniałem na początku rozmowy – dołożył trener Górski. Mieliśmy przecież aż 8 selekcjonerów wśród naszych absolwentów.  Proszę też zauważyć, że do dziś mamy w słowniku języka polskiego – właśnie dzięki Kłyszejce – „przerzut piłki” i „wrzutki w pole karne”, choć – na logikę – powinien być „przekop” i ”wkopy”. Bo w futbolu nogą kopie się piłkę, a nie rzuca ręką. Nomenklatura przyjęła się jednak do tego stopnia, że – podczas obrad komisji unifikacyjnej dla języka sportowego, w których uczestniczyłem – Koncewicz twierdził, że kopać to można puszkę po konserwach na ulicy, a nie piłkę.

 

Pamięta pan mecz z ZSRR na igrzyskach w Monachium?

Trudno zapomnieć, skoro został przerwany – po ataku arabskich terrorystów na ekipę Izraela. Do przerwy było 0:1, a potem… nastąpiło oczekiwanie, co będzie dalej z igrzyskami, czy nie zostaną przerwane. Początek drugiej połowy nie przyniósł przełomu, a na dodatek rezerwowy Andrzej Jarosik odmówił wejścia na boisko. To był niezły piłkarz, ale nie typ intelektualisty. Głupio okazał niezadowolenie z miejsca w hierarchii trenera, burknął wtedy tylko: „Po co, skoro wcześniej nie byłem potrzebny” i być może… wówczas bardzo przyczynił się do budowy legendy trenera Górskiego. Kazio nie stracił zimnej krwi, wskazał błyskawicznie Zygfryda Szołtysika, który dał dobrą zmianę. Szybko po jego wejściu Deyna wyrównał z karnego, a w końcówce – po rozegraniu z Lubańskim – Zyga zdobył zwycięską bramkę. Dziś możemy tylko gdybać, co stałoby się, jeśli Jarosik nie okazałby niesubordynacji. Wcale nie musiałby przecież doprowadzić do odwrócenia wyniku. Już nigdy później nie był brany pod uwagę, ale być może i na tym… polegało szczęście trenera Górskiego.

 

A po porażce 1:3 z RFN na Stadionie X-lecia w 1971 roku Górski rzeczywiście znalazł się opałach? Albo sam chciał zrezygnować?

Nie pamiętam. Nie przypominam sobie jednak kryzysu w drużynie narodowej w tamtym momencie. I nie wydaje mi się, żeby dymisja przeszła w ogóle Kaziowi przez myśl. Trener zrezygnował dopiero po tym, jak dziennikarze zdenerwowali go swymi ocenami po srebrnym medalu na IO w Montrealu w 1976 roku. Turniej piłkarski igrzysk to może i były mistrzostwa demoludów, ale NRD także miało wówczas znakomitą drużynę. Pamiętam, że trener Górski miał żal również do otoczenia – ze związku i komitetu kultury fizycznej – że nikt nie chciał brać pod uwagę, że sport to właśnie sport, i nikt nie ma monopolu na wygrywanie. Historia przyznała mu zresztą rację, po latach wszyscy zupełnie inaczej patrzymy na tamten finałowy występ i srebro biało-czerwonych w Kanadzie. Ile dziś byśmy oddali za taki wynik…

 

Rozmawiał Adam Godlewski