Jerzy Talaga(1): Kazio wykładał na… AWF!

Profesor Jerzy Talaga, ma dziś 91 lat, i z pasją maluje – akwarelą – bieszczadzkie cerkwie. Wcześniej wykształcił na stołecznej AWF 8 selekcjonerów piłkarskiej reprezentacji Polski. I ma w dorobku dziesiątki książek oraz publikacji naukowych o tematyce futbolowej przetłumaczonych na wiele języków. W czasach, gdy rodziła się potęga naszej reprezentacji był kierownikiem szkolenia w PZPN. Czyli nominalnym szefem selekcjonera Kazimierza Górskiego. A jeszcze wcześniej jego… studentem. O wszystkim jednak – po kolei.

 

 

 

 

Dość nietypowo zaczął pan znajomość z Kazimierzem Górskim.

Rzeczywiście, datowała się od 1951 roku. A skąd się wzięła? Otóż zdałem na AWF i w czasie gdy już studiowałem weszło zarządzenia Głównego Urzędu Kultury Fizycznej, które dawało wyższym uczelniom przywilej przyznawania tytułu trenera II klasy trenerskiej. Na Bielanach nie było jednak wówczas jeszcze nikogo, kto potrafiłby poprowadzić kurs na specjalizacji futbolowej. Początkowo robiło to dwóch koszykarzy, ale nie tylko ja, wychowanek Resovii, tylko wszyscy wiedzieliśmy, że to nie do końca to – wspomina 91-letni profesor bielańskiej AWF. – Dlatego ówczesny kierownik Zakładu Sportowych Gier Zespołowych docent Wincenty Kłyszejko zwrócił się do PZPN, aby oddelegował dwóch trenerów do prowadzenia zajęć praktycznych. Wykładowcami wskazanymi przez związek okazali się Edward Brzozowski i… Kazimierz Górski. I oni z nami – sześcioma pierwszymi studentami, którzy chcieli zrobić specjalizację piłkarską – prowadzili zajęcia przez dwa lata. Przedmioty ogólne, z teorii sportu i dydaktyki, mieliśmy oczywiście z nauczycielami akademickimi. Natomiast futbolu uczyli nas ludzie, którzy naprawdę wiedzieli, jak ta dyscyplina smakuje na boisku.

 

Jakim nauczycielem okazał się późniejszy trener Orłów Górskiego?

Myśmy znali jego nazwisko z gazet, dla nas to wówczas była duża postać na uczelni. Technikę i taktykę miał opanowaną – jak to się mówi – w jednym paluszku. Pełnił bardziej rolę demonstratora ćwiczeń niż wykładowcy na specjalizacji, nauczał praktycznie. I świetnie się sprawdzał jako instruktor. Po dwóch latach specjalizacji zostałem młodszym asystentem w zakładzie. Ale jeszcze przez rok prowadziłem zajęcia pod opieką obu wspomnianych praktyków z PZPN, którzy rzetelnie wprowadzali mnie do zawodu. I tak rozpoczęła się nasza znajomość z trenerem Górskim. Potem to ja zostałem zaproszony do Wydziału Młodzieżowego w związku piłkarskim. A po kilku latach zostałem urlopowany z AWF na czas przygotowań olimpijskich, aby objąć stanowisko kierownika wyszkolenia w PZPN. I to była dopiero niecodzienna sytuacja. W sumie byłem jeszcze przecież młodym człowiekiem, a nominalnie znalazłem się nad moim niedawnym profesorem. Aby nie było nieporozumień – znałem swoje miejsce w szeregu i kłaniałem się mojemu mistrzowi Kaziowi z daleka. Gdzieżbym zresztą śmiał cokolwiek narzucać mu zgodnie z szarżą w związku!?

 

Odbierał od pana egzamin?

Można tak powiedzieć. O ile pamiętam, zasiadał w komisji, choć oczywiście to nie pan Kazimierz organizował egzaminy. Został po prostu zaproszony – z ramienia PZPN – do składu tego ciała. Czy to była sprzyjająca okoliczność? Tego nie mogę powiedzieć, bo my naprawdę do Górskiego czuliśmy respekt, a nasz ówczesny nauczyciel poważnie podchodził do obowiązków wykładowcy i specjalnie nie skracał dystansu. To było nazwisko znane z prasy i radia. Jeśli zresztą ktoś zagrał w Legii, to wówczas był już człowiekiem popularnym. A Kazio był dodatkowo nie najgorszym zawodnikiem, szybkim i naprawdę niezłym technicznie, nieprzypadkowo noszącym ksywkę Sarenka.  Tak naprawdę lody w naszych kontaktach pękły więc dopiero, gdy spotkaliśmy się w sztabie przygotowań olimpijskich. Ja byłem na etacie w PZPN, więc w siedzibie związku – i nie tylko – spotykaliśmy się prawie codziennie…

 

zatem zachował pan może  anegdotki związane z tymi relacjami?

Związane z Kaziem? Ależ oczywiście! Otóż ówczesny zarząd PZPN zbierał się w siedzibie KC PZPR, albo w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, bo to było najwygodniejsze rozwiązanie dla prezesa Wiesława Ociepki, który był kierownikiem wydziału organizacyjnego w PZPR. A zatem – wielką szychą. Swoją drogą, prosty był to człowiek, nawet prymitywny, ale szarża wysoka. I wzbudzająca respekt. Pewnego dnia w 1971 roku sekretarz związku Leszek Rylski zawołał mnie i poinformował, że odwiedzi nas doktor z Polskiej Akademii Nauk i trzeba go należycie wysłuchać. I kiedy wszedł do mego pokoju, wyciągnął dokumenty – w kształcie egipskiego papirusu – na których wyrysowany był stary klasyczny system 1-2-3-5, który nazwał Lambda. Z adnotacją, że to system opracowany w PAN specjalnie na olimpiadę, który zapewni biało-czerwonym złoty medal na igrzyskach…. Nie chciałem być niegrzeczny, więc delikatnie powiedziałem, że trener Górski ma już przygotowany skuteczny plan. Nazajutrz zostałem wezwany do KC przez Ociepkę. Zgodnie z ówczesną modą ubrałem kapelusz, i nie wiedząc co mnie czeka, wszedłem jak najszybciej bocznym wejściem. Milicjant tylko mi zasalutował i mogłem nie niepokojony biec do prezesa. Musiałem się gęsto tłumaczyć, że to nawiedzony gość, zupełnie nieznający realiów współczesnego futbolu. Gdy przekonałem szefa, chciał mi podbić przepustkę i zdziwił się, że wszedłem bez kwitów. Mimo że był człowiekiem kompletnie pozbawionym poczucia humoru, zaczął się śmiać, bo okazało się, że posterunkowy wziął mnie za ważnego sekretarza Jana Szydloka. I dlatego walił mi saluty zamiast sprawdzić i wystawić dokumenty. Jak to się ma do Kazia? Otóż to trener Górski… wpędził mnie w te kłopoty! Miał akurat zgrupowanie w hotelu Meksyk na AWF, i okazało się, że nie tylko wpuścił tam tego doktora z PAN, ale nawet pozwolił zrobić mu wykład dla piłkarzy. A zawodnicy, nie mając chyba do końca wiedzy, z kim mają do czynienia, wcale nie starali się powstrzymywać od śmiechu. Przeciwnie, dobrze się bawili słysząc te wszystkie „rewelacje”. Nawiedzony naukowiec poczuł się mocno urażony, za to Kazio i zespół mieli już przynajmniej – i na zawsze – spokój. Kłopoty spadły na mnie.

 

Trener zawsze lądował tak niczym kot na cztery łapy?

Generalnie tak, ale raz było naprawdę blisko katastrofy. Wiceprezes PZPN Stanisław Nowosielski poprosił mnie, abym pomógł Kaziowi napisać referat, który miał wygłosić na zarządzie związku. Punkt obrad był tylko jeden – przygotowania olimpijskie reprezentacji piłkarzy. Poszedłem więc do trenera i zapytałem o główne tezy. Powiedział mi w swoim stylu, ze lwowskim zaśpiewem: „Jerzyku ni martw się w ogóle, wszystko będzie w jak najlepszym porządku. Ni martw się o to.” Pomyślałem, że skoro tak mówi, to doskonale wie co robi. Kiedy jednak prezes Ociepka dokonał wprowadzenia, Kaziu wstał i zaczął… szukać kartki. I nie mógł znaleźć! Oho, pomyślałem, będzie draka. Nowosielski, jak się denerwował, to mu wyskakiwała czerwona plamka na szyi. A wtedy – już wyskoczyła. Na chwilę jednak odetchnąłem, bo Kaziu w końcu coś znalazł. A była to karteczka wielkości butonierki. Ale chyba niespecjalnie na tę okoliczność, bo referat nie był – określając delikatnie – płynny. A mówiąc wprost, Kazio przyszedł nieprzygotowany. W pewnym momencie z miejsca poderwał się wkurzony pułkownik Mieczysław Glanc – szef biura paszportów, a to była osoba, która decydowała, kto wyjeżdża za granicę, a kto nie – i ryknął: „Towarzysze, to skandal co robi wydział szkolenia. Towarzysz Górski robi sobie z nas balonów”. Nowosielskiemu poczerwieniała już cała szyja, ale Ociepka postanowił uspokoić gęstą już atmosferę, tyle że właśnie wtedy niespodziewanie obruszył się Kazio. Zawsze był wesoły i ugodowy, ale wtedy nie wytrzymał. „Pani pułkowniku – zwrócił się bezpośrednio do Glanca. – ja się do pańskich paszportów nie wtrącam. I sobie nie życzę, żeby pan się mi do programu przygotowań wtrącał!” Całe prezydium i zarząd PZPN było skonsternowane, nikt nigdy takiego Górskiego nie słyszał. I to w stosunku do wysokiego rangą funkcjonariusza, który na dodatek – pomijając może formę odzywki – miał rację. Draka była potężna, ale to mnie się bardziej dostało po uszach od prezesa Nowosielskiego. Drugie sprawozdanie napisaliśmy już razem z Kaziem, i jakoś wszystkim się upiekło. A potem już nikt nie był aż tak bardzo ciekawy, co dzieje się u trenera, który tak mocno broni swego terytorium….

 

Umiał korzystać ze sławy?

Generalnie, to jako lwowiak Kazio „dałby nawet swoi koszuli” – jak mawiał. Był bardzo dobrym człowiekiem, w zasadzie z jednym tylko zwyczajem, który – jak sądzę – nabył właśnie wraz ze sławą. Naprzeciw PZPN w Alejach Ujazdowskich był SPATIF, gdzie do klubu i restauracji wchodziło się za okazaniem specjalnej legitymacji członkowskiej. To znaczy wszyscy tak wchodzili, z wyjątkiem Kazia, który wszędzie wstęp miał na twarz. Od czasu do czasu brał mnie tam na obiad. I stałym punktem programu było hasło: ”Jerzyku, coś mnie w gardle drapi. Nie napiłbyś się może czegoś?” Był to znak, że powinienem zamówić koniaczek. Konsultowałem to potem z Leszkiem Ćmikiewiczem, który zna wszystkie anegdoty związane z panem Kazimierzem, że taki był sposób bycia trenera. Nie wynikało to z jego skąpstwa, tylko właśnie ze sławy. Uznawał, że na tyle może sobie pozwolić – aby przyjąć kolejkę czy dwie, w dowód uznania tego co zrobił, od rozmówcy. Lubił koniaczek, nie pił nic innego. Nigdy jednak nie widziałem, żeby przesadził. Naprawdę dwa, maksymalnie trzy koniaczki i robił przerwę. Często przebywałem w jego towarzystwie, a nigdy nie widziałem Kazia na dwóch gazach.

 

Był spokojnym człowiekiem?

To nawet mało powiedziane. Był niezwykle spokojnym facetem. Oprócz zebrania z pułkownikiem Glancem nigdy nie widziałem, żeby okazywał nerwy. Miał kamienną twarz zanim osiągnął historyczne wyniki, a sukcesy nie zmieniły Kazia. On zawsze pozostawał sobą. Bywałem u państwa Górskich, i w domu też był lubiany, wręcz uwielbiany przez własne dzieci. Pewnie także dlatego, że pani Maria – ze śmiechem i pewną przekorą – mówiła, że Kazio jest trenerem na boisku, ale w domu to trenerem jest ona. cdn.

 

Rozmawiał Adam Godlewski