M.Listkiewicz(1): Robił za znachora

Michał Listkiewicz miał ten przywilej, że Kazimierza Górskiego podpatrywał w różnych rolach. Kolejno: selekcjonera, wiceprezesa PZPN, prezesa i prezesa honorowego. I twierdzi ze sporym dystansem, że wcielał się nawet w rolę… kamerdynera naszego najlepszego trenera w czasach jego rządów w piłkarskiej federacji.  Natomiast w ostatnich latach życia szkoleniowca należał do bardzo wąskiego grona osób najchętniej goszczonych w mieszkaniu przy ulicy Madalińskiego. Na tej podstawie niezwykle barwnie opowiada o osobowości, charakterze i sposobie bycia pana Kazimierza.

 

 

 

Kazimierza Górskiego poznałem jako początkujący dziennikarz, gdy jeszcze studiowałem. Monopol na rozmowy z ówczesnym selekcjonerem miał w redakcji nieżyjący już Grzegorz Stański, który był moim mentorem – wspomina ze swadą Listkiewicz. – I kiedyś zabrał mnie na ulicę Madalińskiego, do mieszkania trenera. Nie obyło się bez kieliszka Metaxy, i dzięki temu pan Kazimierz zaczął mnie tolerować. Kilka razy wcześniej próbowałem do niego podchodzić, ale bez rekomendacji nie udawało się zyskać jego przychylności; a nawet uwagi. Bo Górski nie był człowiekiem, który łatwo się zaprzyjaźniał z młodymi reporterami. I generalnie – z młodymi ludźmi. Po prawdzie, to jednak minęliśmy się w czasie kariery trenerskiej pana Kazimierza. Z prozaicznego powodu, gdyż najwybitniejsi wówczas dziennikarze obsługiwali pierwszą reprezentację Polski. Jako praktykant, ja zajmowałem się w tamtych czasach młodzieżówką. I koszykówką.

 

Doskonale pamięta pan jednak jak media przyjęły nominację Górskiego na selekcjonera.

Owszem, i to, że do zachwytów było daleko. Dziennikarze wypominali, jak prowadził – i jakie osiągnął wyniki – polskie kluby i reprezentację juniorów. Dominował ton, że bardziej nadaje się do gawędy i robienia atmosfery, a nie samodzielnego prowadzenia najważniejszej kadry. Padały sugestie, że jest idealnym kandydatem na drugiego trenera. Ewentualnie koordynatora wszystkich drużyn narodowych. Ale nie na selekcjonera. Potem jednak, od wielkiej rezerwy na dzień dobry, media przeszły do fazy uwielbienia.

 

Na niwie zawodowej spotkaliście się dopiero po latach, kiedy pan był rzecznikiem PZPN, a Górski – wiceprezesem…

…i był między nami w tamtym okresie spory dystans. Wiadomo – dzieliła nas różnica pokoleń, kolegowałem się przecież z Darkiem, jego synem. Z tego względu miałem nieco łatwiej, ale trochę to trwało zanim się do mnie przekonał. Bo każdego w końcu akceptował, ale pod jednym warunkiem – jeśli się na nim nie zawiódł. Kiedy już tę początkową barierę miało się za sobą, to można było pukać do pana Kazimierza nawet o 2 w nocy. I podzieliłby się wtedy ostatnią koszulą. Jeśli natomiast ktoś nie był w porządku – a Górski szczególnie był wyczulony na damskich bokserów i bufonów – to miał pod górkę. Wiem z opowieści piłkarzy, że interesował się ich życiem rodzinnym. Potrafił zadzwonić i zapytać: „Co tam u ciebie Lucynko?” A kiedy usłyszał, że Grzesio wczoraj źle się odezwał, odburknął, wyszedł z kumplami zamiast z wybranką do kina, choć wcześniej się z nią umawiał, interweniował od razu. „Kolego, wracając do domu od razu kupisz kwiatki, zaprosisz Lucynkę na dobry obiad i przeprosisz. A jeśli jeszcze raz się to powtórzy, to u mnie nie zagrasz.” Kiedy jeździłem jako sędzia z Orłami Górskiego niejednokrotnie słyszałem: „Panie Kaziu, zapomniałem kiedyś podziękować. Pan uratował moje małżeństwo, bo już wisiało na włosku. Dobrze mi pan poradził, przeprosiłem, i wszystko się wyprostowało.”

Cóż, prawda jest taka, że kochał swoich zawodników. I nie tylko interesował się ich życiem prywatnym, ale był też niczym drugi ojciec.

 

Dawał tak cenne rady, bo miał niezwykle przenikliwy umysł, czy był po prostu mądry życiowo?

Zdecydowanie był to mądry życiowo człowiek. Miał niesamowitego czuja, był urodzonym psychologiem. Niejeden profesor z tytułami w tej specjalności mógłby tego Górskiemu pozazdrościć. A nawet uczyć się psychologii stosowanej. Kazio wyczuwał ludzi na odległość, miał nosa do dobrych, ale też do tych złych. Od razu wiedział, jak do kogoś należy dotrzeć. I jak rozładować sytuację. Warto wiedzieć, że pod pozorami jowialności, czy rozbrajającego uśmieszku, krył się człowiek o bardzo wyrazistych poglądach. I jak ktoś podpadł, to nie wystarczyło napić się potem po kieliszku koniaczku i powiedzieć: „sorry”. To w ogóle nie działało. Trzeba było długo odrabiać tę sytuację. Trener, a później prezes był pamiętliwy i trzeba było się bardzo postarać, żeby zapomniał popełniony nietakt i wybaczył.

 

Jaką działką zajmował się jako wiceprezes PZPN?

W jego kompetencjach leżały sprawy szkoleniowe i piłkarstwa młodzieżowego. Jeździł na zgrupowania, motywował zawodników, rozmawiał z późniejszymi olimpijczykami z Barcelony, inspirował trenerów reprezentacji juniorów. Miał bardzo pozytywny wpływ na całe to środowisko.

 

A kiedy zrodziło się słynne: panie Misiu w odniesieniu do Listkiewicza?

Górski był już prezesem PZPN, a ja wiceprezesem do spraw zagranicznych. Na jednym z ważnych zebrań zarządu na koniec zapytał: „A co na to pan Misio? Niech teraz zabierze głos pan Misio.” Rozbawił wtedy wszystkich, ale tak już zostało do końca jego życia. Właśnie w tamtym okresie się zbliżyliśmy. Zebrałem punkty za znajomość języków. Przy każdej okazji powtarzał, że niezależnie od tego, kto przyjechałby zza granicy, to pan Misio zawsze wszystko mu przetłumaczy. Trochę mnie przeceniał, choć te języki, które akurat były potrzebne, rzeczywiście znałem. I prezes chętnie wykorzystywał mnie jako tłumacza. A potem zacząłem jeździć jako jego, powiedzmy, kamerdyner. Pamiętam, że kiedy za przekroczenie prędkości zatrzymywała mnie policja, Górski miał swój stały tekst na tę okoliczność: „To bardzo ciekawe, co pan mówi, bo ja tutaj cały czas siedzę jako pasażer i nie potwierdzam, że na liczniku było 120”. A jak pan Kazimierz nie potwierdzał, to mandaty zawsze odpuszczano.

 

Naprawdę aż tak działa magia jego nazwiska?

Szczerze przyznam, że nie spotkałem drugiej osoby, która byłaby darzona takim uwielbieniem jak pan Kazimierz. I z takim samym zapałem była przyjmowana na salonach, jak i w małych klubikach. To był człowiek, którego pojawianie się – autentycznie, bez słowa przesady – wywoływało entuzjazm.

 

Bardziej z uwagi na osiągnięte sukcesy, czy ludzkie przymioty?

Sądzę, że na jedno i drugie. Gdy jeździłem czasami po Polsce z Antonim Piechniczkiem, Januszem Wójcikiem, Andrzejem Strejlauem, czy Pawłem Janasem, a więc także uznanymi szkoleniowcami, mającymi na koncie świetne wyniki, dyskusje koncentrowały się na kwestiach fachowych. Na składach, taktykach, niewykorzystanych szansach, najlepszych akcjach. A przed panem Kaziem ludzie otwierali się ze sprawami prywatnymi. Radzili się, czy wnuczek powinien grać w piłkę, co zrobić, żeby żona zainteresowała się futbolem. Ale też co zrobić, kiedy… strzyka w kręgosłupie. Bo robił też za znachora. I nie tylko. Wystarczyły dwie, trzy minuty i ludzie się otwierali, bo błyskawicznie skracał dystans. Kiedy ktoś mówił do niego: „Panie prezesie”, odpowiadał, że prezesi to są w GS-ach, czyli w Gminnych Spółdzielniach, a on jest pan Kazimierz. I sam od razu przechodził na „per panie kolego”. Nawet jeśli faceta – burmistrza, dyrektora fabryki czy kibica – widział po raz pierwszy w życiu. Niesamowity psycholog, naprawdę szybko otwierał ludzi, każdy przy nim wychodził ze swojej skorupy.

 

Był rzeczywiście taki łagodny w obyciu, jak dziś twierdzą jego sztabowcy? Czy to już lekko koloryzowane wspomnienia?

Nigdy nie użył wulgarnego słowa, jeśli nie liczyć cholera jasna. Inna sprawa, że trenerzy z tamtych czasów tak mieli. Gdy Henryk Apostel do kogoś mówił: „Ty diable”, to znaczyłoby dziś tyle co chu… skończony. Gdy padała z ust Kazia ta cholera, to już było ostro. Ale wcale nie musiała, żeby interlokutorowi poszło w pięty. Pamiętam, że kiedyś na związkowych obradach Maciej Kapelczak z Wrocławia – który był w grupie, która chciała przejąć władzę w PZPN – wyskoczył z tekstem: „ Panie Górski, pan to już powinien pójść na emeryturę. Życie poszło naprzód i pan już nie nadąża.” Nieładnie bardzo, więc zrobiło się poruszenie, ktoś wstał i kazał się zamknąć delikwentowi. A ktoś inny domagał się natychmiastowych przeprosin dla prezesa. Tymczasem pan Kazio tylko podniósł rękę i powiedział po prostu: „Ten pan nie jest w stanie mnie obrazić.” I tyle. Kapelczak zrobił się czerwony jak burak, a potem w kuluarach stawał na palcach, żeby przeprosić. I nie ukrywał, że słowa Górskiego były mocniejsze niż gdyby ktoś go nawyzywał od najgorszych skur… Tak mu było wstyd.

 

Górski podkreślał swą lwowskość w czasach prezesury?

Nie obnosił się z tym. Pojawiała się we wspomnieniach i kontaktach z ludźmi stamtąd. Zbigniew Kurtycz, zmarły niedawno piosenkarz z tamtych stron, kapela lwowska – z nimi trzymał kontakt i zapraszał na rodzinne imprezy. Natomiast byłem kiedyś z panem Kazimierzem we Lwowie, gdzie zwiedziliśmy miejsca, w których mieszkał i chodził do szkoły. Prawie… się rozpłakał. Powiedział, że nigdy więcej nie chce tam wracać. Bo tyle się zmieniło, że w sumie to żałuje, że w ogóle zdecydował się przyjechać w rodzinne strony. Bardzo się rozczarował współczesnością miasta, w którym się wychował. Sentyment zachował natomiast do ludzi stamtąd. I do piosenek. Jak się chciało zrobić Kaziowi przyjemność, to wiadomo, że trzeba było puścić utwór „Polesia Czar”. To było gwarancją, że będzie naprawdę sympatycznie.

 

Podczas nadania stadionowi w Płocku jego imienia, Górski zażyczył sobie jednak podczas bankietu – co wiem od organizatorów tamtej uroczystości – występu Don Wasyla i Kapeli Czerniakowskiej.

Bo generalnie miał słabość do klimatów lokalnych. Bardzo pięknie Lech Kaczyński zorganizował uroczystość urodzinową pana Kazimierza połączoną z nadaniem Krzyża Komandorskiego z Gwiazdą. Świętej pamięci prezydent ewidentnie miał dobrych doradców, bo pojawili się Stasiek Wielanek z Kapelą Czerniakowską i Zbigniew Kurtycz z piosenkami lwowskimi. Górski miał sentyment do lokalności i ludowości. Alek Jarguz wiedział, że jak organizował oficjalne wyjazdowe związkowe imprezy w swoich stronach, to powinny tańczyć dziewczyny w strojach mazurskich. A przygrywać miejscowa kapela, najlepiej grająca na lokalnych instrumentach. cdn.

 

Rozmawiał Adam Godlewski

Lata 80-te Kazimierz Górski i Michal Listkiewicz. fot. Dariusz Gorski/FOTONOVA