Najważniejsze mecze według Jesionka

Kazimierz Górski był selekcjonerem przez ponad 2000 dni. W tym okresie reprezentacja Polski rozegrała 73 mecze, odniosła 45 zwycięstw i zdobyła 157 bramek. Bilans okazał się nie do powtórzenia dla kolejnych trenerów naszej drużyny narodowej. Wybór 10 najlepszych, najbardziej udanych, czy najważniejszych spotkań jest zatem bardzo trudny. Z problemem postanowił się jednak zmierzyć kierownik kadry w tamtym okresie, Janusz Jesionek. I umieścił w rankingu nie tylko wygrane spotkania. Poniższa klasyfikacja nieprzypadkowo została sporządzony z zachowaniem chronologii. Odzwierciedla bowiem narodziny wielkiego zespołu, jego rozkwit, punkt maksymalny i jednocześnie krytyczny, po którym zaczął się zmierzch najwspanialszej i najbardziej utytułowanej generacji w historii polskiego futbolu. 

 

1972 Warszawa Pilkarska reprezentacja narodowa Kazimierza Gorskiego z Olimpiady w Monachium 1972 n/z L/P stoja Kazimierz Gorski , Hubert Kostka , Jerzy Gorgon , Marian Ostafinski , Zygmunt Anczok , Marian Szeja , Wlodzimierz Lubanski , Antoni Szymanowski , Jerzy Kraska , Joachim Marks , Zbigniew Gut klecza Kazimierz Dejna , Zygfryd Szoltysik , Grzegorz Lato , Kazimierz Kmiecik , Ryszard Szymczak , Andrzej Jarosik , Leslaw Cmikiewicz , Robert Gadocha , Zygmunt Maszczyk
fot. Dariusz Gorski/FOTONOVA

 


16 kwietnia 1972, Bułgaria – Polska 3:1

To był bardzo trudny mecz na początek walki o wyjazd na olimpiadę do Monachium. Mecz ustawiony przez Bułgarów i przekręcony przez rumuńskiego sędziego Victora Padureanu. Wyszło jednak na to, że co nas nie zabije to nas wzmocni – z perspektywy czasu ocenia kierownik Jesionek. – Tak istotny i historycznie ważny był to mecz, także dlatego, że Włodek Lubański dostał czerwoną kartkę. I zawodnicy mieli przedsmak tego, jak trzeba radzić sobie bez kapitana.

 


7 maja 1972, Polska – Bułgaria 3:0

Rewanż z Bułgarią na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie okazał się zwycięski w wyższych rozmiarach niż przegrany w Starej Zagorze. Stało się tak po uczciwej walce, w której Christo Bonew i spółka nie mieli najmniejszych szans z biało-czerwonymi. To był z naszej strony pokaz siły, również mentalnej. I tak jednak na koniec musieliśmy liczyć na olimpijski zespół Hiszpanii, który remisując u siebie odebrał cenny punkt nieczysto rywalizującym Bułgarom.

 


1 września 1972, NRD – Polska 1:2

Faworytem meczu w Norymberdze – najważniejszego w pierwszej fazie grupowej IO’72 – byli Wschodni Niemcy. Jednak tego dnia Jurek Gorgoń był lepszym egzekutorem od Joachima Streicha, NRD-owskiego internacjonała, zawodnika naprawdę światowej klasy. Zdobył dwa gole i dał naszym zawodnikom nie tylko lepsze rozstawienie przed drugą fazą turnieju, ale i zapewnił zdecydowanie większą pewność siebie.

 


5 września 1972, ZSRR – Polska 1:2

Spotkanie w Augsburgu było niezwykle dramatyczne; ba nie wiadomo było nawet, czy po ataku terrorystów na ekipę Izraela zostanie rozegrane. W nerwowej atmosferze to reprezentanci ZSRR lepiej weszli w mecz, obejmując prowadzenie w pierwszej połowie po strzale Olega Błochina. I aż do 79 minuty kontrolowali wynik. Wyrównał Kazio Deyna z rzutu karnego, a decydującą akcję nasz zespół przeprowadził trzy minuty przed końcem. To była kluczowa wygrana w tej fazie igrzysk, dała przepustkę do wielkiego olimpijskiego finału. I zbudowała charakter Orłów Górskiego.

 


10 września 1972, Węgry – Polska 1:2

Do przerwy na Stadionie Olimpijskim w Monachium to my popełniliśmy jeden błąd więcej. Konkretnie Kazio Deyna, i to faworyzowani Madziarzy prowadzili. Nie pierwszy raz na tych igrzyskach cenny okazał się spokój Kazimierza Górskiego w szatni. Po zmianie stron biało-czerwoni zagrali już zgodnie z zaleceniami, a Deyna – i to z nawiązką – naprawił to, co zepsuł w pierwszej połowie. Polska oszalała na punkcie Orłów Górskiego. Na uznanie naszych piłkarzy przez cały świat trzeba jednak było poczekać jeszcze dwa lata.

 


17. października 1973, Anglia – Polska 1:1

To nie był dobry mecz w wykonaniu naszej drużyny, nawet Janek Tomaszewski nie był sobą. Tyle że to właśnie na Wembley postawiliśmy najważniejszy krok w kierunku światowej czołówki. Zdecydowany i ewidentny. Mundial to było coś zupełnie innego niż igrzyska olimpijskie, przez federacje zachodnie traktowane jako mistrzostwa państw socjalistycznych. Zwycięski remis z Anglikami zapewnił awans na mistrzostwa świata, i stanowił – na tamtym etapie – spełnienie najskrytszych marzeń.

 


15 czerwca 1974, Argentyna – Polska 2:3

Neckarstadion w Stuttgarcie miał być areną łatwej przeprawy, może nawet spacerku Argentyńczyków, na mundialu. Naszemu zespołowi powszechnie wróżono walkę o trzecie miejsce w… grupie. Z Haiti. Tymczasem nie minęło 10 minut, a już całemu światu zdążyli się przedstawić Grzegorz Lato i Andrzej Szarmach. Nasz zespół nie dość, że szybko objął prowadzenie, to na dodatek grał z jeszcze większym polotem niż dwa lata wcześniej na igrzyskach.

I na tyle skutecznie i konsekwentnie, że przed kończącym fazę grupową Polski z Włochami wyjście z grupy mieli już zapewnione. Nasi zawodnicy weszli już jednak na takie obroty, że nie w głowie im było kalkulowanie i odpuszczanie jakiegokolwiek spotkania. Trener Górski nie dopuściłby zresztą do żadnego kombinowania. Umiejętnie prowadził zespół, podkręcał i wiedział, jak wielkie psychologiczne znaczenie może mieć zwycięstwo nad aktualnymi wicemistrzami świata. Nie pomylił się.

 


3 lipca 1974, Niemcy – Polska 1:0

Mecz z gospodarzami Weltmeisterschaft 1974 pokazał, że drużyna Górskiego ma wystarczający potencjał, żeby walczyć o najwyższe stawki. Nawet o tytuł mistrza świata. Bo to nie było spotkanie do jednej bramki. Mieliśmy swoje szanse, ale fatalne warunki ograniczyły nasze największe atuty na skrzydłach. Warunki rywalizacji – w których dziś nikt nie dopuściłby do gry – spowodowały, że Orły Górskiego przeszły do legendy. Odebrały też jednak największą w historii szasnę na występ w finałach MŚ.

 


6 lipca 1974, Brazylia – Polska 0:1

Wygrana z broniącą tytułu Brazylią w małym finale mistrzostw świata była dla naszych piłkarzy przepustką na największe salony. Srebrny, przyznawany wówczas za trzecie miejsce, medal mundialu miał większą wartość niż tytuł mistrza olimpijskiego. Choć w Polsce sukces odtrąbiono już przed meczem na wodzie z Niemcami, dopiero pokonanie Brazylii było podkreśleniem naszego spektakularnego występu w Weltmeisterschaft 1974. Mogliśmy przywieźć do kraju – w triumfalnych okolicznościach – konkretne trofea. To była rzeczywista kulminacja reprezentacji Polski pod kierunkiem Kazimierza Górskiego.

 


15 października 1975,
Holandia – Polska 3:0

Z tamtym spotkaniem nieodparcie kojarzy mi się Jan Ciszewski. Gdy słynny komentator, nazywany przez piłkarzy Kulawką, wszedł do autobusu, zawodnicy zaczęli buczeć. Nie przegraliśmy jednak przez dziennikarzy, tylko dlatego, że kierownictwo ekipy wyraziło zgodę na wyjazd do Amsterdamu z żonami. Na miejscu kobiety bez przerwy dzwoniły do hotelu, bo co chwilę brakowało im pieniędzy na zakupy. Były jak wygłodniałe lwice i zachowywały się niczym w amoku, bo w Polsce w sklepach nie było wtedy prawie nic, a tam już wszystko. No i rozkojarzyły piłkarzy. Dlatego wcześniejsze 4:1 na Stadionie Śląskim nie dało nic konkretnego. Choć było wspaniałym popisem kunsztu biało-czerwonych, nie przełożyło się na awans na mistrzostwa Europy.

W mojej ocenie to wówczas w Amsterdamie nastąpił początek końca Orłów Górskiego – uwidoczniło się już w pełni zmęczenie sukcesem w finałach mistrzostw świata – który dopełnił się w finale igrzysk w Montrealu. Oczekiwania w kraju tak wzrosły, że srebrny medal olimpijski, wynik nieosiągalny przed kadencją Pana Kazimierza, a dziś pozostający nawet poza sferą marzeń, w Polsce został odebrany jako dotkliwa porażka…