A. Strejlau (2): Bezcenne dwójki i trójki

Andrzej Strejlau był piłkarzem Kazimierza Górskiego w stołecznej Gwardii, a później – już w reprezentacji – jego długoletnim asystentem. Wspomina: – Lubił pobiesiadować, był duszą towarzystwa, słynne były jego powiedzonka. Kiedy wszyscy upojnie się bawili, mówił mi na ucho: – Andrzej, idziemy do domu, jestem już zmęczony. Trzeba się stąd po cichu wymknąć. I co robił? Otóż brał widelec, stukał w szklankę i kiedy już wszystkie głosy umilkły, mówił: „Bardzo przepraszam, chciałem  się z państwem po angielsku pożegnać.” To był stały numer Kazia. Zapraszamy na drugą część wywiadu z jednym z najbliższych współpracowników Trenera Wszech Czasów. 

 

Na zgrupowaniu w Zakopanem. Andrzej Strejlau w towarzystwie selekcjonera Kazimierza Górskiego i Jacka Gmocha.
fot. Dariusz Górski/FOTONOVA

 

 

 

Nasz zespół nie grał ładnie na igrzyskach, Górski w decydujących momentach decydował się na strategię, którą sam później określał mianem ofensywnej defensywy. Pokazał jednak wówczas światu dużą sprawność taktyczną ustawiając zespół w kilku wariantach: od 4-3-3 przez 5-3-2 do 4-4-2.

To prawda, a nasze umiejętności wynikały z tego że wszyscy piłkarze grali w kraju i na zgrupowaniach mieliśmy czas, żeby to wszystko wyszlifować – wspomina Andrzej Strejlau. –  Trzeba też oddać, że trenerzy klubowi wykonywali dla kadry narodowej znakomitą robotę. Kazio zwykł długo i merytorycznie dyskutować nie tylko z Gezą Kalocsay’em i Jaroslavem Vejvodą, bo nie tylko oni byli świetnymi fachowcami. Ufał specjalistom prowadzącym zespołu ligowe, polegał na ich robocie, liczył się z ich zdaniem i chętnie się w nie wsłuchiwał.

 

Kalocsay pracował w Górniku przed selekcjonerska kadencją Górskiego, kiedy w naszej reprezentacji nie było wyników. Pan Kazimierz zrobił zatem coś z niczego. A przynajmniej na to wyszło.

Z faktami nie sposób polemizować, bo właśnie tak to wyglądało. Nie wolno jednak zapominać, że Polonia Bytom wywalczyła Puchar Ameryki, Górnik dotarł do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, zaś Legia – półfinał PEMK. I to wszystko przełożyło się potem na kadrę. Nie było czarodziejskiej różdżki, cudownego systemu gry, tylko racjonalne wykorzystanie podstaw, które zostały zrobione w klubach.

 

Na co zatem Górski spojrzał inaczej od poprzedników w kadrze?

Postawił na dwójki, trójki klubowe. To było bezcenne. Przypomnijmy sobie najsłynniejszą akcję w naszym futbolu na Wembley, w której wzięli udział piłkarze Stali Mielec – Henryk Kasperczak, Grzesio Lato, i Janek Domarski. Mogli zagrać na pamięć, znali się z każdej możliwej strony. Włodek Lubański świetnie, w ciemno rozumiał się z Zygmuntem Maszczykiem, Kazio Deyna z Leszkiem Ćmikiewiczem. I to dwójki i trójki klubowe robiły potem grę w reprezentacji. Doskonale to działało i sprawdzało się Górskiemu; to była Jego autorska logika budowy drużyny.

 

Po igrzyskach nastąpiła dość gruntowna przebudowa składu. I zmiana stylu, na znacznie bardziej efektowny. Z czego to wynikało?

W zespole rzeczywiście nastąpił retusz. Hubert Kostka odszedł, przyszedł Jan Tomaszewski. Była jednak ciągłość, ponieważ to Hubert przygotowywał brakarzy do finałów MŚ w Niemczech. Potem, po kontuzji Lubańskiego, zaistniała konieczność zastąpienia Włodka. Ćmikiewicz rozwalił nogę na butelce w szatni i oddał pole Maszczykowi. Jurka Kraskę zastąpił wspomniany Kasperczak, który w Legii po złamaniu nogi nie grał, dopiero w Mielcu błysnął pełnią talentu. I obaj świetnie grali za plecami generała Deyny. Korekt w składzie Kazio dokonywał na podstawie naszych monitoringów. Obserwacje bieżące były głównym kluczem w przebudowie zespołu. Górski szukał cały czas, trzeba mu to oddać. Roszady wynikały ze zmiany pokoleniowej i z dalekowzroczności Górskiego, który rozumiał, że styl z igrzysk to będzie za mało w konfrontacji z najlepszymi zespołami złożonymi z zawodowców na mistrzostwach świata.

A miał pełen przegląd zaplecza, bo prowadził młodzieżówkę, którą potem przekazał mnie, i świetnie rozumiał istotę ciągłości pracy. I był otwarty na nowatorskie rozwiązania. Górski po prostu znał się na robocie, w każdym jej aspekcie. Doświadczenia z pracy klubowej, nawet te nie najlepsze, czy nawet negatywne zaprocentowały w reprezentacji. Umiał wyciągać wnioski. A najlepiej świadczy o tym fakt, że dwóch najlepszych strzelców mistrzostw w 1974 roku – król i wicekról – było z Polski. Tak zdarzyło się tylko raz w historii i mówi najwięcej o filozofii Górskiego. I ofensywnym stylu reprezentacji Polski podczas Jego kadencji. Nigdy potem nikt nie grał już u nas piłki tam mocno nastawionej na atak. To także zbudowało autorytet Kazia, ale carte blanche w relacjach z zawodnikami dały Mu wyniki. Piłkarze zawsze wiedzieli, czego mogą się spodziewać po trenerze, który był spokojny i wyważony. A dodatkowo – że zawsze mogą na niego liczyć.

 

Również w sprawach pozaboiskowych?

Oczywiście! Mogli przyjść poradzić się w każdej kwestii. Mało tego, jeździliśmy i rozwiązywaliśmy domowe kłopoty zawodników. Nawet  z… żonami. Także o tym trener Górski pomyślał, żeby ukochani piłkarze na zgrupowania przyjeżdżali z czystymi głowami. Pamiętam jak Włodek Lubański musiał poddać się dodatkowej operacji, to oględziny były w Klubie Lekarzy, który miał siedzibę po sąsiedzku z PZPN, w Alejach Ujazdowskich. Górski bez ogródek zwrócił się do konsylium doktorów: „Proszę nam pomóc, a przede wszystkim proszę pomóc Włodkowi.”

Miał taki sposób bycia, dlatego był przez piłkarzy nie tylko szanowany, ale i lubiany. Ale uwaga – nie w każdy żal się wsłuchiwał. Na jednym ze zgrupowań w Rembertowie przyszła grupa zawodników ze skargą, że Deyna już od dwóch dni nie trenuje z zespołem. I w ogóle nie ma go w ośrodku; zniknął. Górski przyjął ich chłodno po obiedzie.

– Panowie tylko szybko, bo po obiedzie to ja mam drzemkę. Słucham panów.

– My w sprawie Deyny, zniknął.

– My to znaczy kto?

– Rada Drużyny.

– To niech panowie uważają. Kazia nie ma, ja o tym wiem, i on dalej będzie grał w mojej drużynie. Żegnam panów. Udaję się na drzemkę.

A kiedy Deyna dostał z Górnikiem niesłuszną czerwoną kartkę – a ja już prowadziłem Legię – od razu padło pytanie od śląskich dziennikarzy, czy w takiej sytuacji zasługuje na powołanie do reprezentacji. – Słusznie pan zauważył, że dziś grała Legia. U mnie w reprezentacji Deyna naturalnie zagra. Bo mnie się jego gra podoba.

 

Kara dla Adama Musiała za spóźniony powrót do bazy podczas MŚ w Monachium miała być znacznie bardziej dotkliwa niż się okazała. Trudno było przekonać Górskiego do zmiany decyzji?

Stanisław Nowosielski i Jan Maj, a zatem szefowie naszej ekipy, to byli mądrzy ludzie. I znakomicie rozegrali całą sytuację pod względem psychologicznym. Górski początkowo był nieprzejednany: ”Skoro złamane zostały zasady, jedziesz do domu.” Nowosielski zagaił, że skoro trener szanuje swoich asystentów, to mimo że rządzi i decyduje, zechcesz poznać ich zdanie. Kazio: „No to niech się wypowiedzą.” A obaj z Gmochem byliśmy za tym, żeby Musiał został w drużynie. Bo ja wiedziałem, a Gmoch nie, że winowajców było sześciu, a tylko Adam się zatrzymał po spóźnionym powrocie na schodach. Górski wysłuchał naszych opinii i orzekł: „Jest czwarta rano, więc pójdziemy już spać. A ja się do rana zastanowię.”

Rano ogłosił, że Musiał zostanie, ale będzie ukarany finansowo i odsunięty od meczu ze Szwecją. Celowo w moim odczuciu Górski doprowadził do takiej dramaturgii, żeby potrząsnąć drużyną. Aby więcej nie było już imprez, a nawet nikt nie częstował się cukierkami od kibiców, co zwiększało ryzyko dopingowej wpadki, której doświadczyli Haitańczycy. Dla wszystkich w ekipie była to impreza życia, a Kazio umiał nawet taki incydent przekuć na korzyść drużyny. I na tym, polegała jego wielkość. Rozegrał to w sposób znakomity; zadbał i o jednostkę i o zespół. Nie stracił przecież Musiała, a ewidentnie podkręcił atmosferę w drużynie.

 

Potrafił świętować?

Lubił pobiesiadować, był duszą towarzystwa, słynne były jego powiedzonka. Kiedy wszyscy upojnie się bawili, mówił mi na ucho: – Andrzej, idziemy do domu, jestem już zmęczony. Trzeba się stąd po cichu wymknąć. I co robił? Otóż brał widelec, stukał w szklankę i kiedy już wszystkie głosy umilkły mówił: „Bardzo przepraszam, chciałem  się z państwem po angielsku pożegnać.” To był stały numer Kazia. Lubił się napić koniaczku, a do pewnego momentu miał końskie zdrowie. Do oderwania się przełyku, kiedy musiał go ratować Jurek Kulej, mistrz olimpijski w boksie.

 

Był typem pracoholika, zabierał robotę do domu?

Bywałem u Górskich i tym, co mnie uderzyło, czy wręcz urzekło był fakt, że tam nie mówiło się o piłce prawie w ogóle. Dom to był dom. Czyli strefa wolna od futbolu.

 

Mentalność człowieka wschodu pomogła Górskiemu w Grecji?

Skoro do dziś nazywają go Papus to znaczy, że niezmiennie jest tam niezwykle szanowany. Jego stoicki wręcz spokój i rozwaga, były zawsze w Grecji podziwiane i podnoszone. Mistrzostwo z Panathinaikosem, ale też krajowy puchar z prowincjonalną Kastorią to były wielkie osiągnięcia. W ślad za nimi poszły uznanie, estyma i sława. Tam nikt nie powiedział na niego złego słowa. Można zresztą o to zapytać Krzysia Warzychę i Józka Wandzika, którzy trafili do Grecji już po erze Górskiego, ale nadal wsłuchiwali się w peany na cześć Kazia.

 

Sukcesy zmieniły naszego trenera wszech czasów jako człowieka?

A skąd! Takim jak ukształtowało Go wychowanie, takim pozostał. I nadal z mieszkania przy Madalińskiego jeździł autobusem 125 do PZPN w Alejach Ujazdowskich. Pasażerowie czasami złośliwie dopytywali: – Panie Górski, nie ma pan samochodu a? – A po co mi, skoro jest 125? – odpowiadał zawsze życzliwie.

Złoty medal olimpijski był dla nas – w Polsce – bezcenny, ale Europa Zachodnia podeszła do tego osiągnięcia z dużym dystansem. Podczas Weltmeisterschaft 1974 cały świat był już zachwycony naszym stylem, co jeden ze słynnych francuskich trenerów – po prywatnych komplementach od Seppa Herbergera czy Rinusa Michelsa – powiedział publicznie. Na co Kazio zareagował w swoim stylu: „To bardzo interesujące, co pan mówi, ale muszę to jeszcze raz przemyśleć.” Był skromny, i to wszystkich ujmowało. Ale On właśnie taki był na co dzień, to nie była poza. Sukcesy nie zmieniały podejścia do życia i ludzi. Jaki wychował się we Lwowie, taki pozostał do końca swoich dni.

 

Rozmawiał Adam Godlewski