A. Strejlau(1): Górski wyprzedził UEFA

Andrzej Strejlau (ur. 1940), dziś ekspert TVPSport i współautor bestsellerowej książki „On, Strejlau” był najbliższym współpracownikiem Kazimierza Górskiego podczas selekcjonerskiej kadencji Trenera Wszech Czasów. AS mówi barwnie, ale nie koloryzuje. Jaki portret najlepszego szkoleniowca w historii polskiego futbolu namalował? Otóż z pewnością na tyle interesujący, że warto przeczytać poniższy wywiad!

 

Andrzej Strejlau w rozmowie z Kazimierzem Górskim. Rok 1995 fot. Dariusz Górski/FOTONOVA

 

 

Poznaliśmy się w stołecznej Gwardii. Kiedy skończyłem studia, jeszcze przez pół roku jako piłkarz reprezentowałem AZS AWF Warszawa, bo wówczas była taka możliwość. A gdy okres prolongaty się skończył, dokładnie 15 lutego 1964 roku, na treningi do prowadzonego przez siebie zespołu zaprosił mnie Kazimierz Górski pracujący wtedy przy Racławickiej – wspomina historię sprzed ponad pięciu i pół dekady Strejlau. – W ekstraklasie zdążyłem rozegrać dokładnie półtora meczu – z Polonią Bytom i ŁKS. Z dnia na dzień musiałem skończyć uprawianie sportu, bo wykryto u mnie chorobę Scheuermanna. Podjąłem pracę na uczelni i na jakiś czas z trenerem Górskim straciliśmy kontakt. Po raz kolejny spotkaliśmy się na centralnym obozie juniorów bodaj we Wrocławiu w 1966 roku, gdzie pełnił funkcję kierownika szkolenia. A potem, kiedy trafiłem do PZPN, relacje były już codzienne. Pogłębiane dzięki wspólnym wyjazdom na kursokonferencje, wizytacje klubów i meczowe obserwacje zawodników. Mieliśmy naprawdę dużo czasu, żeby się dobrze poznać.

 

Jakim trenerem ligowym był Górski? I jak jako człowiek znosił brak sukcesów w ekstraklasie?

Byłem zbyt krótko w Gwardii, żebym wystawiał jednoznaczne oceny. Górski nie miał autorytarnych cech charakteru, był przy tym wyjątkowo spokojnym człowiekiem. Otwartym, lubił rozmawiać, chętnie poznawał – już wtedy mój – punkt widzenia na poszczególne aspekty futbolu. Co nie oznacza, że nie był konsekwentny. Bo był zdecydowany, i to nawet bardzo. Wiedział czego chce. Nawet po pierwszych sukcesach potrafił egzekwować założenia podczas zajęć. Ba, w Murrhardt, tuż przed rozpoczęciem finałów Weltmeisterschaft 1974 umiał zatrzymać trening całej grupy tylko po to, żeby powiedzieć, dwa, trzy mocne zdania: „Panowie jak przyjechaliśmy tutaj, to panowie bardzo chętnie rozdawaliście autografy. Ale teraz gramy co prawda dość dobrze, ale panowie jakby się ociągali. I mnie to się nie podoba. Komu się nadal nie będzie podobało to, czego wymagam, to może wracać do kraju. Skończyłem dyskusję z panami, jedziemy dalej.” Trwało to dosłownie półtorej minuty. Ale tempo zajęć było potem już zupełnie inne. Po prawdzie to kochał zawodników, a oni kochali jego. Był zupełnie innym typem, znacznie mniej autorytarnym, niż poprzednik na posadzie selekcjonera, Ryszard Koncewicz, co zawodnicy szybko docenili. Co popularny Faja uważał, że trzeba zrobić, to zawodnicy musieli zrobić. Bez słowa. Górski miał zupełnie inne podejście. Nie tylko wierzył piłkarzom, ale i orientował się czego drużynie w danym momencie trzeba. I jaki jest sposób reagowania przez grupę. I do tego dobierał metodologię pracy. Widział co robił Koncewicz i wybrał swoją drogę, zupełnie inną. Odmienną strategię działania. Co powiedziane – także musiało być wykonane. Ale liczyła się forma przekazu. U Górskiego była zawsze łagodna. To była diametralna różnica między Kaziem i Koncewiczem.

 

Górski pracował nad bon motami, z których zasłynął? Czy były naturalne, niewymuszone?

Miał naturalny talent w tym względzie. Górski, Michał Matyas., Tolek Solecki założyciel Polonii Bytom, Kazio Trampisz – to wszystko lwowiacy, ludzie wschodu. Wzajemnie bardzo pięknie się wspierali. A jednocześnie wierzyli w ludzi. Byli otwarci, ufali, że współpracownicy będą realizować ich koncepcje. Górski zawsze pytał także nas asystentów: „A może panowie chcieliby coś usprawnić?” W 1972 ja byłem szefem grupy obserwacyjnej, w 1974 bank informacji prowadził Jacek Gmoch. Też perfekcyjnie. Górski miał wszystko przygotowane, mógł polegać na naszej pracy. I polegał!

 

W mediach nie było jednak zachwytów po nominacji Pana Kazimierza na selekcjonera…

…a proszę mi pokazać, kiedy w późniejszych okresach były? Przecież ostatniego z nominowanych na tę posadę, Jurka Brzęczka, też musiałem bronić w mediach. Wy, dziennikarze, nieufnie czekacie na wynik, a potem z reguły zaczyna się jazda. Zanim Górski został selekcjonerem, był trenerem kadry młodzieżowej do lat 23. I bardzo dobrze przygotował się na tym stanowisku do prowadzenia drużyny narodowej. Kierownikiem szkolenia został wówczas magister Jerzy Talaga – późniejszy docent – i na bieżąco z Górskim profilowali system szkolenia, który powinien obowiązywać w PZPN. I w ogóle w Polsce. Efekty założonego planu przyszły szybko i były bardzo dobre.

 

Co wspomniany duet ewidentnie usprawnił?

Górski, po konsultacjach z Talagą, wyprzedził na przykład – i to znacznie – decyzję UEFA w sprawie likwidacji reprezentacji do lat 23. Uznał, że tracimy zbyt dużo utalentowanej młodzieży, która po ukończeniu wieku juniora nie przebija się w reprezentacjach, gdyż przeskok jest zbyt duży. I przegrywa rywalizację ze starszymi rocznikami. Dlatego zaproponował obniżenie kategorii wiekowej, i utworzenie kadry do lat 21. Oprócz Polski tą drogą wówczas poszła jeszcze tylko NRD, a UEFA wprowadziła to rozwiązanie później. Byliśmy zatem pionierami. Trzeba oddać Kaziowi, że miał duże wyczucie, i to nie tylko w takich sprawach. W zasadzie intuicja zawiodła Górskiego tylko raz, na koniec kadencji selekcjonera. Po igrzyskach w Montrealu w 1976 roku nie został wcale zdymisjonowany, choć dziś obowiązuje w mediach taki przekaz, tylko odszedł zgodnie ze swą wcześniejszą zapowiedzią sprzed turnieju. I to był Jego największy błąd w prowadzeniu drużyny narodowej. O czym zresztą powiedziałem mu wtedy otwarcie. Bo taki sygnał także wpłynął na podejście zawodników. Choć oczywiście nie byli już tak głodni sukcesu jak cztery lata wcześniej przed olimpiadą w Monachium. Inna sprawa, że za karę za wywalczenie „zaledwie” srebra w Kanadzie zafundowano nam powrót do kraju rejsowymi samolotami, przez Londyn. Mimo że w czarterze znalazło się miejsce dla sportowców, i to wielu, którzy wracali z igrzysk nie tylko bez medali, ale w ogóle bez wyniku. A to świadectwo, jak bardzo w czasie pięcioletniej kadencji Górskiego wzrosły w Polsce oczekiwania wobec piłkarskiej reprezentacji.

 

Jakie były początki drogi do sukcesu?

Do igrzysk w Monachium przygotowywaliśmy się już od zimowego zgrupowania w Wiśle, gdzie oglądaliśmy pamiętny skok Wojtka Fortuny na 111 metrów po złoty medal olimpijski. Który w jakim sensie stał się dla nas inspiracją. Przygotowaniem fizycznym zajmował się wówczas Lesław Makuch, potem wyrzucony z kraju za działalność w KOR; wyjechał do Danii, gdzie mieszka do dziś. Wraz z Górskim asystowaliśmy temu specjaliście, który pokazał, jak należy zimą przygotować zespół do takiego wyzwania jakim był start w turnieju olimpijskim. A był to wybitny fachowiec, który pod względem sprawności ogólnej przewyższał wówczas nawet naszych najbardziej sprawnych zawodników.

 

To był już kolejny etap. A jak to wszystko wyglądało przed selekcjonerskim debiutem Górskiego? Bo podobno także nasi uznani szkoleniowcy nie przyjęli jego nominacji z entuzjazmem?

Nie wiem, jakie były reakcje naszego środowiska trenerskiego na tę nominację. Naprawdę. Byłem młodym szkoleniowcem, na dodatek z otoczenia selekcjonera, więc do mnie te głosy nie dochodziły. Koncewicz był świetnym wykładowcą, pisał świetne felietony do „Piłki Nożnej”, i cieszył się dużym autorytetem. Zatem przejąć kadrę po nim nie było wcale prosto. Ewentualne szmery szybko jednak musiały ucichnąć, bo Górski wygrał pierwszy mecz ze Szwajcarią – na wyjeździe.

 

To było wielkie wydarzenie dla reprezentacji?

Pamiętam wielkie oczekiwanie. Zwycięstwo natchnęło wszystkich, nawet niechętnych Górskiemu. To była potężna porcja otuchy, bo wygrać na terenie rywala to zawsze trudna sztuka. Choć później na igrzyska jechaliśmy przy takich sobie – i to co najwyżej – nastrojach społecznych. Bo mecze towarzyskie nie wyglądały jakoś rewelacyjnie. Umówmy się jednak komisyjnie, że mieliśmy łatwiej pracować niż dziś Brzęczek, ponieważ rozgrywki ligowe przed meczami międzypaństwowymi przerywało się na 10-11 dni. Taki bowiem okres uznaliśmy za najbardziej optymalny. Co także było realnym wkładem kadencji Górskiego w funkcjonowanie reprezentacji Polski. Przecież rywale z zachodu jeszcze w weekend poprzedzający środowe mecze drużyn narodowych musieli rywalizować w swych ligach; nie mieli więc takiego komfortu jak my. Dziś, przy napiętym kalendarzu, taki pomysł nikomu nie zaświtałby w głowie. A nawet gdyby, to jego autor zostałby bezpardonowo zaatakowany przez dziennikarzy, o swój interes upomniałyby się także kluby. Na początku lat 70-tych poprzedniego stulecia rzeczywistość w kraju była jednak zupełnie inna. Media, zresztą poddawane wówczas ostrej cenzurze, nie mogły – nawet jeśli chciałyby, choć nie zauważyłem takich zakusów – krytykować nas za takie rozwiązanie. Za nominacją trenera Górskiego na selekcjonera stał osobiście ówczesny wpływowy prezes PZPN Wiesław Ociepka, na co dzień minister spraw wewnętrznych. Zatem nikt nie miał w tej kwestii nic do gadania. Interes reprezentacji był po prostu nadrzędny. I w takich okolicznościach zaczęła ta nasza wspaniała historia futbolu.

 

Jak Górski reagował w szatni?

To był człowiek niezwykle spokojny. „Panowie, ich jest 11 i nas jest 11. Jeżeli my mamy piłkę, to oni jej nie mają.” – mawiał. I wiele kwestii wyczuwał intuicyjnie: „Panowie, im dłużej my przy piłce, tym krócej oni” – głosiła jego naczelna zasada. Dziś niezwykle istotne jest posiadanie piłki, od ładnych kilku lat wszyscy mierzą ten parametr. I dla Górskiego także było to ważne, ale pod warunkiem jednak, że jego drużyna wiedziała co z tą piłką zrobić. Wiedział bowiem doskonale, że samo posiadanie nie zapewnia zwycięstwa.

 

Był wymagający wobec współpracowników?

Był niezwykle skrupulatny. Zażyczył sobie na przykład, żebym w meczu z Węgrami poprowadził zespół, bo on chciał zobaczyć, jak gra wygląda z wysokości trybun. Stanął też na głowie, abym niezależnie od wszelkich przeciwności poleciał na pamiętne spotkanie Anglii z Austrią zakończone wynikiem 7:0. Chciał mieć bieżące informacje z obozu rywala przed decydującym o awansie do finałów meczu na Wembley w kwalifikacjach Weltmeisterschaft ’74. I inne spojrzenie na Anglików niż tylko Gmocha, który prowadził wtedy bank informacji. A jak odszedłem do Legii w 1975 roku, to Górski wydał na to zgodę pod warunkiem, że będę stawiał się z Łazienkowskiej na potrzeby reprezentacji na każde jego wezwanie. Dbał o najdrobniejsze detale, nie zaniedbywał szczegółów. Nawet w moich kontraktach.

 

Rozmawiał Adam Godlewski 

 

cdn.