Czy mogliśmy zostać mistrzem świata?

Konfrontacja z Niemcami, której zwycięzca kwalifikował się do wielkiego finału Weltmeisterschaft 1974, przeszła do historii pod nazwą „Meczu na wodzie”. Rzadko spotykane oberwanie chmury zamieniło boisko we Frankfurcie w wielką kałużę. Obecnie w tak anormalnych warunkach nie doszłoby do rywalizacji, spotkanie zostałoby przełożone. Wtedy – standardy były inne. Dlatego do dziś w Polsce trwają dyskusje, czy gdyby walka na Waldtsadionie rozegrała się na suchej nawierzchni, nasza drużyna mogłaby zostać mistrzem świata…

 

Gospodarze turnieju – zamiast przesunąć mecz – chałupniczymi metodami, z których kpili później komentatorzy we wszystkich stron świata, starali się wypompować nadmiar wody z murawy Waldstadionu. Nic zatem dziwnego, że wiele nie zdziałali. Mimo katastrofalnego stanu boiska Orły Górskiego od początku grały jednak swoją grę. Nastawioną na atak, efektowną. Tyle że dzień konia miał golkiper gospodarzy. Już do przerwy Sepp Meier fenomenalnie wybił na rzut rożny strzały Grzegorza Laty i Roberta Gadochy z rzutu wolnego, po których piłka leciała w okienko jego bramki. Nie dał się zaskoczyć nawet wówczas, gdy sam przed nim znalazł się znakomicie przecież dysponowany strzelecko w tym turnieju Lato.

 

 

1974 Niemcy n/z Kazimierz Gorski na mistrzostwach świata miał powody do uśmiechu. Nawet po jedynym przegranym meczu w turnieju, z Niemcami, tamtejsze media napisały, że przegrał zespół lepszy… fot. archiwum Gorskich/FOTONOVA

 

 

Szczęście było przy bramkarzu RFN

 

„Pierwszą połowę mieliśmy rzeczywiście świetną, ale fatalny teren wymagał zdwojonych wysiłków, każda przeprowadzana akcja kosztowała w dwójnasób, a nasi atakowali długimi okresami non stop. Wszystko to musiało się odbić na kondycji” – wspominał po latach trener Górski w książce „Piłka jest okrągła”.

 Po przerwie szarżującego w naszym polu karnym Bernda Hoelzenbeina przewrócił Władysław Żmuda i austriacki sędzia bez wahania podyktował jedenastkę. Uli Hoeness strzelił w lewy róg, ale jego intencje wyczuł Jan Tomaszewski i po raz drugi w niemieckim turnieju – jako w ogóle pierwszy bramkarz w historii – obronił drugi rzut karny na tych mistrzostwach.  

„Jakie znaczenie miał rzut karny? Zahamował nasz rozmach, czy wytrącił z równowagi rywali? To właśnie w ciągu kwadransa po decyzji sędziego i wspaniałej paradzie Tomaszewskiego mieliśmy co najmniej cztery dogodne sytuacje, w których mogły paść bramki – tak zapamiętał tę sytuację trener Górski i podzielił tymi wspomnieniami na łamach książki „Piłka jest okrągła” . – Analiza drugiej części wskazuje raczej na grę wyrównaną. Niemniej w tym okresie Meier trzykrotnie uratował swoją drużynę od utraty pewnych niemal bramek. Gadocha, Lato, Kmiecik, wszyscy zrobili, co do nich należało. Niestety, szczęście było przy bramkarzu RFN…”

W 76. minucie Rainer Bonhof znalazł lukę w naszej defensywie, a po jego akcji niepilnowany w szesnastce Gerd Mueller strzelił nie do obrony w prawy róg bramki Tomaszewskiego. Kazimierz Deyna i Kazimierz Kmiecik mieli jeszcze doskonałe sytuacje do wyrównania, niewiele zabrakło, żeby po dośrodkowaniu Roberta Gadochy z rzutu rożnego piłka wpadła do siatki Meiera, ale… nie wpadła. Bo golkiper gospodarzy interweniował w sposób nieprawdopodobnie skuteczny – mimo 12 celnych strzałów biało-czerwonych, w to środowe późne popołudnie nie dał się pokonać. Prawda jest taka, że nasz zespół, osłabiony brakiem kontuzjowanego Andrzeja Szarmacha zatrzymały kałuże, strugi deszczu i fenomenalny tego dnia bramkarz Niemców…

 

 

 

3.07.1974, Frankfurt nad Menem (finały MŚ)

RFN – POLSKA 1:0 (0:0)

Bramka: Mueller 76.

POLSKA: Tomaszewski – Szymanowski, Gorgoń, Żmuda, Musiał – Kasperczak (80. Kmiecik), Deyna, Maszczyk (80. Ćmikiewicz) – Lato, Domarski, Gadocha. Trener: Górski.

 

 

Gospodarze wygrali po golu Gerda Müllera, choć to Polacy, mimo że strzelali częściej i celniej. Biało-czerwonych … 

 

„Polacy, którzy we wszystkich dotychczasowych spotkaniach grali niezwykle dynamicznie i ofensywnie, nie przewidzieli jednego podczas meczu z RFN. Że niezwykle trudne warunki przedwcześnie wykruszą ich siły” – napisał po spotkaniu „Sport Kurrier”. A w Polsce do dziś trwa dyskusja, czy mogliśmy zostać mistrzami świata. Zdania są podzielone.  

 

Czy byłaby szansa na występ w finale?

 

„Warunki były wtedy anormalne, spadło przed meczem tyle deszczu, że dziś nikt w takich kałużach nie dopuściłby do rozgrywania spotkania. Zostałoby przełożone na następny dzień, albo przesunięte do czasu osuszenia murawy przez organizatorów i doprowadzenia boiska do stanu używalności. Tak byłoby zresztą uczciwiej, aby grać o złoty medal na mundialu musieliśmy przecież wygrać to spotkanie. Ostatecznie jednak przegraliśmy 0:1 po meczu dobrym, choć może nie bardzo dobrym, w naszym wykonaniu – stwierdził Jan Domarski, który zastąpił Szarmacha w konfrontacji z Niemcami, kiedy przed mundialem w Rosji temat był ponownie roztrząsany. – Nawierzchnia nie nadawała się do gry i przeszkadzała w równym stopniu obu zespołom, bo piłka nieustannie zatrzymywała się w wodzie. Dyskusje trwają jednak do dziś, czy czasem przez warunki nie straciliśmy największej w historii szansy gry o złoto na mundialu. I to nie tylko w Polsce, ponieważ wszyscy mieli świadomość, że znakomicie atakowaliśmy wówczas flankami, a wielkie kałuże najbardziej spowolniły naszych skrzydłowych. Jako uczestnik tego spotkania też zresztą uważam, że gdyby do konfrontacji z Niemcami doszło na suchej murawie, byłaby szansa na występ w wielkim finale mistrzostw świata.”

 

„To legenda. Graliśmy co prawda z kontrataku, mieliśmy szybkich skrzydłowych, których kałuże i stająca w nich piłka mocno spowalniały, ale nie zapominajmy, że Niemcom wystarczał remis, a my musieliśmy wygrać – wtórował mu Władysław Żmuda. – A w tamtych czasach sędziowie nawet na mundialach prowadzili mecze po gospodarsku, więc… Inna sprawa, że mieliśmy swoje sytuacje, lecz nie udało się ich wykorzystać. Było, minęło i już się nie wróci.”

 

Jedyne faux pas to sędzia z Austrii…

 

„Kwestia tytułu mistrza świata rzeczywiście rozstrzygnęła się w naszym starciu z RFN na koniec drugiej fazy grupowej. Gdy jednak słyszę powtarzające się pytanie:  „Co by było, gdyby na Waldstadionie nie było wody?”. Niezmiennie odpowiadam więc pytaniem: „A to Niemcy grali na suchym?”. Otóż nie, warunki były jednakowe dla obu zespołów, gospodarze nie musieli strzelić gola, a jednak go zdobyli – dodał wówczas na łamach dziennika „Sport” Jan Tomaszewski. – Jedyne faux pas wobec nas to nominowanie na to spotkanie sędziego z Austrii (Erich Linemayr – przyp. red.), z którym rywale przez 90 minut dyskutowali. To nie miało prawa się zdarzyć, arbiter powinien być spoza Europy, najlepiej z Ameryki Południowej. Inna sprawa, przyjemne było to, iż niemieccy dziennikarze rozpowszechniali opinię, że mecz przegrała drużyna lepsza…

GAdam

 

cdn.