Anglia pokonana, dramat bohatera

 

6 czerwca 1973 to historyczna data zarówno dla Orłów Górskiego, jak i reprezentacji Polski. To wówczas po raz pierwszy – i do dziś jedyny – biało-czerwoni pokonali Anglię. Wówczas – wielką potęgę, w starciu z którą właściwie nikt nie dawał nam szans…

 

 

Wlodzimierz Lubański
fot. Dariusz Górski/FOTONOVA

   Mecz miał kilka wątków, o których dyskutowano po latach. Ba, są omawiane do dziś. Oprócz wygranej, która miała wielki międzynarodowy wydźwięk, świat futbolu poznał wówczas potęgę banku informacji stworzonego przez Jacka Gmocha, współpracownika selekcjonera Kazimierza Górskiego. Po raz kolejny kibice mogli przekonać się o wielkiej klasie Włodzimierza Lubańskiego, ale dla kapitana reprezentacji Polski – niewątpliwie największego bohatera tego spotkania – był to także mecz dramatyczny. Po kontuzji, której doznał w 54. minucie na kilka bardzo tłustych dla naszej piłki lat wypadł z kadry. A i w kontekście Jana Banasia publicyści i historycy futbolu chętnie wracają do chorzowskiej wiktorii nad Anglią. A zupełnie niedawno Lesław Ćmikiewicz przypomniał jeszcze jeden, mniej znany aspekt.

 

 

Anglik dostał bęcki od trenera

  – Walczyć też potrafiliśmy ostro, trener Górski tego nie zabraniał. Ba, wręcz demonstrował, jakie powinno być nastawienie. W spotkaniu z Anglią w Chorzowie na 2:0 z boiska za czerwoną kartkę wyleciał Alan Ball. Za faul na mnie, bo w zasadzie wykonał duszenie. Oczywiście, w całej tej sytuacji nie byłem – i to mówiąc delikatnie – bez winy, dlatego jeden z angielskich kibiców wybrał się przez żużlowe ogrodzenie na boisko, żeby mnie za karę skopać – wspominał w kwietniu tego roku nasz mistrz wszech  czasów w dziedzinie boiskowych prowokacji. – Nie zdążył, bo po drodze napotkał Kazia i sam dostał niezłe bęcki. Taki był trener – za nami skoczyłby w ogień!

  

 

Gadocha, Banaś czy Moore?

   Rywalizacja zaczęła się po myśli biało-czerwonych, nasza drużyna prowadzenie objęcia już w 7 minucie. „Po faulu McFarlanda na Lubańskim Gadocha wykonał rzut wolny z odległości dwudziestu kilku metrów. Co to był za strzał! – chciało się zawołać, kiedy piłka wykonała nieprawdopodobny łuk i wylądowała w siatce. Do dziś nie rozstrzygnięto sporu, kto jeszcze miał przy tym udział: Banaś, który wystawił nogę tuż obok lecącej piłki, czy też Bobby Moore, stojący również na jej drodze do bramki? Wyświetlano filmy, analizowano wielokrotnie ten brzemienny w skutki epizod meczu. Dla mnie jednak zdobywcą gola był od początku Gadocha” – relacjonował i komentował po latach, w książce „Piłka jest okrągła” trener Górski. Co jednak nie rozwiało wszelkich wątpliwości. 

   Jak można było bowiem przeczytać jeszcze w 2013 roku na łamach wydawanego na Śląsku „Dziennika Zachodniego”: „40 lat temu nasze Orły pokonały Anglię 2:0. Kto strzelił pierwszego gola: Jan Banaś czy Robert Gadocha? Śląskie gazety nazajutrz po meczu przypisały bramkę piłkarzowi Górnika Zabrze, warszawskie – Gadosze. W niepewności wszystkich podtrzymał zresztą Banaś, który nie ukrywał wówczas żalu do Gadochy na łamach cytowanej gazety: – Nie przyznał się, że to nie on strzelił. To nie był dobry kolega.

 

 

Dobra robota banku informacji

Drugą, przesądzającą o zwycięstwie bramkę zdobył tuż po przerwie Lubański. Niestety, niedługo później zniesiony z boiska po starciu z Royem McFarlandem.

 

 

06.06.1973, Chorzów, eliminacje mistrzostw świata

POLSKA – Anglia 2:0 (1:0)

Bramki: Gadocha 7, Lubański 47.

POLSKA: Tomaszewski – Rześny, Gorgoń, Bulzacki, Musiał – Ćmikiewicz, Deyna, Kraska – Banaś, Lubański (54. Domarski), Gadocha. Trener: Górski. 

 

 

Widziałem nie tylko wielki ból, ale i też wielką rozpacz w oczach Włodka. To był bardzo świadomy zawodnik – wspomina kierownik Orłów Górskiego, Janusz Jesionek. Fot. Reprodukcja z archiwum J. Jesionka

   „Nasz bank informacji wśród cech szczególnych, dotyczących gry i postawy reprezentantów angielskich na jednym z pierwszych miejsc umieścił skłonność Bobby Moore’a do schematycznych zagrywek do tyłu w momencie rozpoczynania akcji spod własnej bramki – wspominał po latach trener Górski na łamach książki „Piłka jest okrągła”. – Jacek Gmoch wykrył to precyzyjnie i określił jako konkretną szansę dla tego typu ofensywnego i przebojowego zawodnika, jakim był właśnie Włodzimierz Lubański. Szansę na wyłuskanie piłki w strefie między obroną i bramkarzem oraz zdobycie gola – (…) Włodek doczekał się swojej szansy i w pełni ją wykorzystał…

 

 

Dramat bohatera i angielskie odszkodowanie

Niestety, na kolejną szansę kapitan reprezentacji Polski czekał bardzo długo. A uraz, którego doświadczył był bardzo bolesny. – Byłem pierwszą osobą, która znalazła się przy Włodku w krytycznym momencie. To był bardzo świadomy zawodnik, i bardzo inteligentny człowiek, od razu zdawał sobie sprawę, że to nie jest kontuzja, jakich wiele zdarza się na boiskach, tylko może wyhamować jego wspaniale rozwijającą się do tego momentu sportową drogę. Powiedział mi ze łzami we oczach: Janusz, to może być koniec kariery – wspomina po latach kierownik Orłów Górskiego, Janusz Jesionek. – Byłem niezwykle wstrząśnięty całą tą sytuacją związaną z urazem, ale pamiętam, że po spotkaniu musiałem także załatwiać odszkodowanie dla hotelu „Silesia”, w którym mieszkali Anglicy. O ile dobrze pamiętam, zajmowali ostatnie piętro, które kompletnie zdewastowali. Musieli rzucać butelkami po piwie i mocniejszych trunkach we wszystko, co napotkali zaraz po ich opróżnieniu, takie były zniszczenia. Oczywiście na koniec, za wszystkie straty zapłaciła angielska federacja – choć po wielkich awanturach i bardzo niechętnie – ale zanim to nastąpiło, to za sfrustrowanych gości, którzy najwyraźniej nie byli w stanie pogodzić się z tą porażką, nie tylko oczami musiał świecić PZPN. Bo wtedy procedury były takie, że za zakwaterowanie, wyżywienie, podróże rywali w Polsce płacił nasz związek, natomiast za wszystko związane z naszym pobytem w ich krajach – tamtejsze federacje. Tak to było przyjęte, i dla nas na pewno finansowo korzystne… 

cdn.