Jan Tomaszewski (3): Papież futbolu

Zapraszamy na trzecią część wywiadu z Janem Tomaszewskim. Bramkarz, który jako pierwszy na świecie obronił dwie jedenastki podczas jednego mundialu opowiada, w jaki sposób trener Kazimierz Górski zarządzał sytuacjami kryzysowymi. I definiuje warunki, które powinien spełniać selekcjoner fenomenalny. 

 

Jak to naprawdę było na zgrupowaniu w Rembertowie po powrocie z Holandii? Górski rzeczywiście faworyzował Kazimierza Deynę?

 

poczatek lat 80 – tych Dania n/z Jan Tomaszewski , Kazimierz Gorski , Grzegorz Lato
fot. Dariusz Gorski/FOTONOVA

Pan Kazimierz był sprawiedliwy, ale akurat w tamtej sytuacji po meczu z Holandią na 0:3 w Amsterdamie – gdzie byliśmy z żonami, które zaprosił PZPN – popełnił w mojej ocenie błąd. Zresztą, kto ich nie robi? Najważniejsze w całej tej sytuacji było i tak to, jak trener wybrnął z opresji. O wszystkim jednak po kolei, bo wysoka porażka jeszcze nie eliminowała nas z finałów Euro. Wygraliśmy przecież wcześniej w Chorzowie z Holendrami 4:1, ale po przegranej w rewanżu musieliśmy liczyć na Włochów. Gdyby oni wygrali z Oranje 2:0, to wystąpilibyśmy w 4-zespołowych finałach mistrzostw Europy. Niestety, Italia wygrała tylko 1:0… W każdym razie w drodze powrotnej z Amsterdamu okazało się, że pan Kazimierz zadecydował – do dziś nie wiem z jakiego powodu – że nie my, tylko kierowca autokaru odwiezie żony do hotelu. Mimo że przez cały pobyt w Holandii nie mieliśmy z nimi kontaktu, żeby nas nie rozpraszały. Natomiast my udaliśmy się do Rembertowa, na dalszą część zgrupowania. Z wyjątkiem Kazika Deyny, który pojechał ze swoją Mariolą do mieszkania w Warszawie. I to pomimo faktu, że Górski mu nie pozwolił. Pan Kazimierz zamknął się w swoim pokoju, a my specjalnie graliśmy w karty na korytarzu do pierwszej w nocy, żeby przypilnować, czy Kaka wróci na zgrupowanie. Gdyby wrócił, nie byłoby sprawy. A on wchodząc dopiero rano na śniadanie bezczelnie z nas zakpił witając się: „Cześć pracy”. Razem z Andrzejem Szarmachem spodziewaliśmy się takiego afrontu, więc byliśmy już spakowani i gotowi do wyjazdu z Rembertowa.

 

Z waszej strony miała to być forma protestu?

Podobna sytuacja miała miejsce w Holandii przed meczem z Polską. Trenerem Tulipanów był wtedy George Knobel, który potem trenował mnie w Beerschocie, i pozwolił – co szeroko opisała miejscowa prasa – w bazie przygotowawczej pić koniak Johanowi Cruyffowi. Jan van Beveren i Willy van der Kuijlen, bramkarz i środkowy napastnik Eindhoven, też chcieli wziąć po lamce i sączyć jak boski Johan. Knobel im jednak nie udzielił zgody. Orzekł po prostu, że Cruyff to Cruyff. I jemu wolno więcej. Selekcjoner Holendrów powiedział, że jak graczom PSV się nie podoba to mogą wyjechać. Więc – biorąc pod uwagę ówczesne napięcia na linii Ajax – Eindhoven obaj spakowali się i błyskawicznie oddalili. Bez konsekwencji ze strony szkoleniowca, czy federacji. Z Szarmachem doszliśmy do wniosku, że w reprezentacji Polski nie możemy się zgodzić na podobnie nierówne traktowanie. A przede wszystkim – na kpiny ze strony Kazika. Byliśmy naprawdę wkurzeni i czekaliśmy na moment, kiedy zostanie ogłoszona kara dla Deyny. 20 minut przed treningiem wezwał nas Strejlau. Tyle że do pokoju pana Kazimierza. Gdy Górski zapytał o co chodzi, powiedziałem, że Deyna podważył jego decyzję, a nas zlekceważył. Kiedy trener to usłyszał, natychmiast opieprzył nas jak minister stróża. „Ja tu będę decydował o porządku na zgrupowaniu! Biorę to na siebie. A jeśli komuś się nie podoba, to (i tu już włączył się nam tryb Knobla)… się będzie nie podobało. Za 15 minut widzimy się na treningu.” Niby więc wziął winę na siebie, ale nas zrugał i jeszcze w biegu musieliśmy lecieć po sprzęt leżący już w bagażnikach. Gdyby nasz selekcjoner zachował się jak trener Holendrów, i wyjechalibyśmy z Diabłem, zrobiłaby się wielka afera. Nam niepotrzebna, trenerowi niepotrzebna, reprezentacji niepotrzebna. Stanęło jednak tylko na tym, że nam się będzie… nie podobało.

 

Generalnie jednak…

…to pan Kazimierz był jak ojciec. A pani Maria starała się być matką dla naszych dziewczyn i żon. Jak tylko był jakiś problem, z załatwieniem lodówki, pralki, dobrej wędliny na jakąś uroczystość, to z każdą sprawą można się było do pana Kazimierza zgłosić. Zresztą kto to jest trener? To jest człowiek plus szkoleniowiec. I pan Kazimierz szkoleniowcem był bardzo dobrym, natomiast człowiekiem był fenomenalnym. Nie mogę powiedzieć, że szkoleniowcem także był fenomenalnym, bo takim się stawał dopiero po uzupełnieniu przez Andrzeja Strejlaua i Jacka Gmocha. Ale wspaniałym człowiekiem był bez wątpienia!

 

Rozumiem, że warsztat Górskiego nie robił na was piorunującego wrażenia?

Był zupełnie zwyczajny w tamtych czasach. Pan Kazimierz był za to wyśmienitym selekcjonerem, miał nieprawdopodobne oko do piłkarzy. I wyczucie. Kiedy całkiem niedawno słyszałem o mocnych treningach, czy nawet ostrym dawaniu w dupę kadrowiczom cztery dni meczem u selekcjonera Adama Nawałki, to przecierałem oczy ze zdumienia. Siłę, wytrzymałość, i generalnie motorykę – wypracowuje się przecież w klubach. Na zgrupowaniach trzeba zrobić taktykę i zadbać o świeżość. Żeby była chęć do gry. I pan Kazimierz to rozumiał. Nie silił się na żadne interwały. Preferował przebieżki po lesie. Ćwiczyliśmy zagrywki w tempie na pół gwizdka, żeby wykazywać się w meczach, a nie na treningach. Zresztą prawidłowość była taka, że po świetnych występach w kadrze, w klubach z reguły notowaliśmy gorsze spotkania. Bo trener Górski potrafił wydobyć z nas maksa. I to absolutnego maksa.

 

A jak odzyskiwaliście świeżość podczas dużych turniejów? Nikt w naszym sztabie nie miał żadnego doświadczenia związanego z taką rywalizacją? Jaki zatem sposób na regenerację znalazł Górski?

Gdy w lipcu 1973 roku wracaliśmy z tournée z USA – bardzo „zmęczeni”, ponieważ komitet centralny PZPR nakazał szefom ekipy korzystanie z wszystkich zaproszeń miejscowej polonii; mieliśmy być bowiem pomostem między krajem, a amerykańskimi emigrantami – pan Kazimierz wpadł na genialny pomysł. Wiedział, że rodacy porywali nas codziennie nie po to, żebyśmy opowiadali bajki ich dzieciom – zresztą oprócz tego, co się wybawiliśmy każdemu z nas zostawało w kieszeni po 100, czy 150 dolarów z takiego wypadu; a były to wtedy ogromne pieniądze – tylko, że poddawaliśmy ostremu sprawdzianowi nasze wątroby. Pozwalał na to, choć w pewnym momencie wyraźnie przestało mu się podobać, że impreza trwała non stop. Bo już dostał sygnał, że zaraz po powrocie do Europy zagramy z Bułgarią. I co zrobił po wylądowaniu w Warnie? Zamiast na trening, poszliśmy do Morza Czarnego. Zresztą po wyczerpującej eskapadzie i podróży powrotnej z przesiadkami dał wszystkim dwa dni luzu. Chwila oddechu i kąpiele w morskiej wodzie sprawiły, że zlaliśmy pałających chęcią rewanżu za przegrane kwalifikacje olimpijskie Bułgarów bez kłopotu. Pan Kazimierz korzystał później z tego doświadczenia w Niemczech podczas finałów Weltmeisterschaft 1974. Kiedy wracaliśmy po rozegranych meczach do Murrhardt, powiedzmy o północy, najpierw był szampan, a o pierwszej – kolacja. Po niej pan Kazimierz nakazywał: „Panowie, za pół godziny spotykamy się na basenie i w saunie”. Robił nam przymusową rekreację. A w zasadzie to pełną odnowę. Rano normalny trening z Jackiem lub Andrzejem mieli tylko ci, którzy nie zagrali. Natomiast wyjściowy skład szedł na ścieżkę zdrowia. 4-kilometrową, na marsz. Dzięki temu przez całe mistrzostwa utrzymywaliśmy świeżość. Mam nadzieję, że nie urażę niczyich uczuć religijnych, ale to naprawdę był papież polskiej piłki. Wieloma rozwiązaniami po prostu wyprzedzał epokę.

 

Może się jeszcze kiedyś zdarzyć drugi Górski w polskim futbolu? Czy postać takiego formatu już definitywnie jest nie do powtórzenia?

Trudno powiedzieć. Dziś wszystko w piłce zostało już wymyślone. Nauka jest wszechobecna w futbolu, a pan Kazimierz szedł za swoją intuicją. Wiedział, kiedy odpuścić a kiedy przycisnąć, choć nie posiadał badań krwi. I wszystkich innych danych, które mają obecnie do dyspozycji sztaby szkoleniowe. Był naturszczykiem, ale obdarzonym niebywałym wyczuciem. „Skoro nie ma Lubańskiego, to będzie grał Domarski. Brakuje formy Domarskiemu? No to mam w odwodzie Szarmacha”. Atutem było to, że składu ani taktyki nie zmieniał co chwila, nie było u niego miejsca na kombinatorykę. Zawodnicy grali to co w klubach, i na takich pozycjach jak w klubach. Nigdy nie wystawił Lubańskiego razem z Domarskim, albo Domarskiego razem z Szarmachem. Zawsze na boisku obecna była jedna dziewiątka. A na przykład Robert Lewandowski, mimo że w Bayernie gra na dziewiątce, to w reprezentacji zdarzało mu się – obok Krzyśka Piątka – występować na pozycji 4,5. Brakuje tylko tego, żeby Jerzy Brzęczek wystawił kiedyś dwóch bramkarzy. Przecież mamy tylu na bardzo dobrym poziomie… Ech, powtarzam to od lat – wystarczy korzystać ze szlaków wytyczonych przez pana Kazimierza. Bo nikt mi nie wmówi, że teraz nasz piłkarski potencjał nie jest duży…

 

Rozmawiał Adam Godlewski 

 

03.03.2006 Warszawa Palac Prezydencki Wreczenie przez prezydenta Lecha Kaczynskiego Krzyza Komandorskiego Odrodzenia Polski Kazimierzowi Gorskiemu n/z gratulacje od pilkarzy Jan Tomaszewski
fot. Dariusz Gorski/FOTONOVA