Przekroczyliśmy barierę dźwięku

 

 

Kazimierz Górski nigdy nie gryzł się w język. Szczególnie – jeśli chodzi o spojrzenie futbol. Dlatego wywiady, których udzielał, nie były miałkie. W niniejszym cyklu przypomnimy fragmenty najciekawszych. Na początek – rozmowa zamieszczona w odcinkach w „Gazecie Wyborczej” w grudniu 1998 roku.

 

2003 Ukraina Lwow n/z Michal Listkiewicz (L) Kazimierz Gorski (C) i prezes Ukrainskiego Zwiazku PN
fot. Dariusz Gorski/FOTONOVA

Czy ma Pan nagrany mecz na Wembley?

Kazimierz Górski: Nie. Ale za każdym razem, jak go powtarzają, to oglądam. I widzę inaczej. Pytano mnie często, czemu Polska tylko się broniła. My nie chcieliśmy grać tylko pod swoją bramką. Ale przeciwnik był bardzo silny i zepchnął nas do obrony.

Cała filozofia w tym meczu polegała na tym, żebyśmy umieli wyjść z defensywy. I się udało. Strzeliliśmy gola, a potem były jeszcze dwie stuprocentowe okazje.

Co Pan czuł, kiedy Jan Domarski strzelał gola?

Że stworzyła się szansa wygrania. Kto przewidział, że to my, a nie oni, pierwsi zdobędziemy bramkę? Trzeba pamiętać o atmosferze przed meczem. O tym, co pisała angielska prasa, mówiła angielska telewizja. Oni nie zastanawiali się, kto wygra. Pytanie było: – Ile nam strzelą bramek. A najgorzej zdenerwowali się piłkarze, jak kilkadziesiąt minut przed meczem wrócili ze stadionu. Kibice zwyzywali ich od zwierząt, obrzucili puszkami. Myślę sobie: „Jest dobrze. Nie muszę ich mobilizować. Chłopaki będą walczyć”. I tak było.

Na Wembley przekroczyliśmy barierę dźwięku w futbolu, bo awansowaliśmy do grona 16 najlepszych drużyn świata. W wypadku porażki może dalej byśmy dusili się we własnym sosie.

Niektórzy mówią, że miałem szczęście. Ja uważam, że szczęście to można mieć na loterii, gdzie kupuje się los i wygrywa. A nie w piłce nożnej, gdzie jest mnóstwo meczów. Nikt nie liczył, że nam się uda z Anglikami. Podobne nastroje były po losowaniu grup mistrzostw świata w 1974 roku. Rywalami byli Włosi i Argentyna. Dostawałem listy, w których radzono mi, byśmy nie jechali do RFN, bo szkoda na to pieniędzy. Ale sport ma to do siebie, że z góry nic nie można przewidzieć.

Czy Wembley to najsilniejsze przeżycie?

Drugi taki moment to mecz z Brazylią o trzecie miejsce. Zaszliśmy bardzo daleko. Zespół miał dosyć wszystkiego. A tu taki mecz.

Już w tunelu, tuż przed wyjściem na boisko, przybiegł doktor Garlicki i mówi: „Gorgonia noga boli”. Wysłałem Andrzeja Strejlaua, żeby sprawdził. Okazało się, że stoper rzeczywiście narzeka na kontuzję.

Zalała mnie krew. Dlaczego piłkarz tak późno zgłasza kontuzję? Gdyby zrobił to na odprawie, ewentualnie rozgrzewce, coś można by zaradzić. Ale my właśnie szliśmy na stadion. Więc ja na to: „G… mnie to obchodzi. Gorgoń gra”. Wziąłem na siebie wielką odpowiedzialność. Strasznie ryzykowałem. Wstawiłem go wbrew wszelkim zasadom. Co by było, gdybyśmy przez niego przegrali? Zawodnicy mieliby ogromne pretensje. Ale ja znałem Jurka. To był straszny „cykorius”. Wystraszył się, że Brazylijczycy go ośmieszą, pokręcą, strzelą gola i będzie, że przegraliśmy przez niego. Wolał uciec od odpowiedzialności. Nie wiedział, jak to zrobić, więc w ostatniej chwili zaczął symulować.

Nie był Pan wielkim teoretykiem, strategiem futbolu.

Przecież piłka nożna to prosta gra. Nie potrzeba do niej filozofii. Trzeba wiedzieć, co jest istotą. Ktoś powie: gole. A to nieprawda. Są tylko celem. Taktyka? Też nie. Ona jest do prowadzenia gry. Dla mnie istotą jest zwycięstwo.

Trener, który boi się przegrać, niech wypisze się z tego zawodu. Nie można nastawiać zespołu defensywnie. Zakodować zawodnikom nie to, żeby wygrali, tylko żeby nie przegrali. I później kibice oglądają wybijankę, bo remisik jest dobry. Nie tędy droga.

(…)

Jaka była Pana największa porażka piłkarska?

Tuż po wojnie, z reprezentacją Polski pojechaliśmy do Danii. Przegraliśmy 0:8. Zastanawiałem się, dlaczego dostaliśmy takie baty?

Dzień przed meczem trener Wacław Kuchar zrobił pokazowy trening. Dał nam ostro w kość. W meczu nie mieliśmy sił. Gole padały w ostatnich piętnastu minutach pierwszej i drugiej części meczu. Graliśmy w ustawieniu WM. A Duńczycy już innym systemem. Mieli dwóch świetnych skrzydłowych. Mijali obrońców jak chcieli. Jak minęli, to stoper Parpan szedł na skrzydło. I zostawiał wolny środek. Przegraliśmy taktycznie.

W 1958 roku podejrzałem na MŚ system „brasiliana”, czyli 4-2-4. Wprowadziłem go, jako pierwszy w Polsce, w Legii w 1960 roku. Dwoma pomocnikami mieli być Strzykalski i Zientara. Mówię na obozie, o co w tym systemie chodzi, jak trzeba grać, ustawiać się. A tu nagle Strzykalski mówi, że on nie będzie grał. Dlaczego? Bo tego nie umiem. I gadaj pan z takim. Tak wyglądało w Polsce wprowadzanie nowinek taktycznych.

Systemem 4-2-4 grano do 1966 roku. Wtedy na MŚ Anglicy wprowadzili 4-3-3. Temu ustawieniu byłem już wierny do końca.

Czy to była dobra decyzja, że został Pan prezesem PZPN?

Mówię zawsze: los tak chciał. Zgodziłem się na pół roku. Ale podczas wyborów była tylko jedna kandydatura, moja. Przeszedłem przez aklamację. Jak patrzę na to w tej chwili, to uważam, że byłem za miękki. Ale ja jestem zwolennikiem demokracji. I to było niedobre. Było parę decyzji, w których miałem odmienne zdanie, ale zarząd mnie przegłosował. Tak było np. w sytuacji, kiedy Legii zabrano mistrzostwo Polski.

 

Wywiad przeprowadzony przez Roberta Błońskiego i Dariusza Wołowskiego ukazał się w dwóch częściach 24 i 27 grudnia 1998 r. w „Gazecie Wyborczej”. Reedycja: 14.04.2006 na portalu Sport.pl”. Całość można przeczytać pod linkiem: 

https://www.sport.pl/celebrities/1,83528,3284560.html